Segmentacja czasu, czyli jak robić więcej i być bardziej produktywnym
100 bloków dziennie
W tym wydaniu podzielę rok na trzy części, dzień na 100 bloków, poszukam miliarderów czasu oraz zjem klopsiki w IKEI. Ruszajmy!
Segmentacja czasu, czyli jak robić więcej i być bardziej produktywnym
Choć każdy z nas ma do dyspozycji tyle samo godzin w ciągu doby, to niektórzy ludzie są bardziej produktywni niż inni. Z czego to wynika? Od dawna szukam odpowiedzi na to pytanie i myślę, że udało mi się ją znaleźć. W dzisiejszym wydaniu podzielę się praktykami, które sam z powodzeniem stosuję. Ale najpierw wyskoczymy do sklepu, w którym można kupić świeczkę, łóżko i klopsiki.
Ingvar Kamprad - miliarder w starym stylu
Mało kto zna to nazwisko, ale za to wszyscy znają firmę, którą stworzył. To IKEA, czyli sklep inny niż wszystkie. Każdy mebel jest tam dostępny od ręki, ale musisz go sam złożyć w domu. Kupisz w nim wszystko, po co przyjechałeś, ale po sklepie będziesz się poruszać jednokierunkową ścieżką. Zjesz tam obiad w przystępnej cenie, ale na świeczki i ramki do zdjęć wydasz więcej niż mógłbyś się spodziewać.
Lubię jeździć do IKEI, ale robię to w ostateczności, bo wiem, że spędzę tam pół dnia. Wielu próbowało wejść tam tylko na chwilę po jedną rzecz, ale jeszcze nikomu się to nie udało :)
Wróćmy do jej założyciela, bo jest to interesująca postać, od której można się sporo nauczyć. Ingvar Kamprad żył w latach 1926–2018, a IKEA założył, gdy miał raptem 17 lat. Początkowo zajmował się handlem, a meble dołączyły do jego asortymentu dopiero po kilku latach.
Jak wiemy, IKEA z czasem stała się globalną marką i odniosła duży sukces. Gdy Ingvar dorobił się pokaźnego majątku, to jego styl życia niewiele się zmienił. Długo jeździł starym i solidnym Volvo, jadał na firmowej stołówce razem z resztą pracowników sklepu, latał samolotami rejsowymi i generalnie wiódł oszczędne życie. Miał wybitnie negatywny stosunek do długu i unikał używania pożyczek do rozwoju firmy.
Lubię takie historie sukcesu sprzed ery Internetu, bo wydają mi się bardziej autentyczne niż te z amerykańskiego Instagramu. Zwłaszcza, że zawierają też kilka gorzkich lekcji, jak ta z dziedziczeniem majątku Ingvara czy jego kryzys wizerunkowy związany z przynależnością do partii socjalistycznej w młodości.
Mógłbym jeszcze sporo opowiadać na temat IKEI, ale dziś chcę się skupić na produktywności. A Ingvar Kamprad miał do niej szczególne podejście, które można nazwać:
10-minutowy dzień
Ingvar dzielił swój dzień na segmenty trwające raptem 10 minut. Robił tak, aby lepiej zarządzać czasem i maksymalizować swoje skupienie. W ten sposób ograniczał marnotrawstwo czasu, który jest naszym najcenniejszym aktywem. Wierzył, że nawet 10 minut można dobrze zaplanować i przeznaczyć na konkretne zadania bez rozpraszania się.
Gdy pierwszy raz trafiłem na tę informację, to od razu postanowiłem sprawdzić, jak zadziała u mnie. Pracowałem wtedy na etacie w banku i trudno mi było wykroić dla siebie godzinę czy dwie w ciągu całego dnia. Ale pojedyncze 10-minutowe segmenty zawsze dawałem radę znaleźć, nawet podczas naprawdę zabieganego dnia.
Co więcej, zdałem sobie sprawę, że wiele czynności nie wymaga więcej niż 10 minut. To wystarczająco, aby napisać kilka zdań w dzienniku, zrobić comiesięczne przelewy czy przeczytać kilka stron książki. Do dziś się pilnuję, żeby lektura każdego wydania 52Notatki nie zajmowała więcej niż 10 minut. Dzięki temu wierzę, że każdy może znaleźć czas raz w tygodniu, aby je przeczytać.
Pójdźmy dalej z tym tematem, bo zaprowadził mnie on w ciekawe miejsce, jakim jest tytułowa:
Segmentacja czasu
Dziś mam już znacznie większą kontrolę nad tym, gdzie i na co wydaję mój czas. Nie muszę już szukać pojedynczych bloków, bo mogę wykorzystać całe dnie. Nie zmienia to faktu, że nadal pilnuję się, aby być oszczędnym w wydawaniu czasu, bo doby nie da się wydłużyć.
Poszedłem logiką Ingvara i policzyłem ile maksymalnie mogę mieć takich 10-minutowych bloków każdego dnia. W pełnych 24-godzinach jest ich aż 144, ale nie da się żyć bez snu. Zakładając, że każdego dnia potrzebuję 7-8 godzin, to zostaje mi 100 bloków dziennie po 10 minut każdy.
Ten koncept jest prosty i zarazem bardzo ważny. Choć tarcza zegara dzieli nasz dzień na minuty i godziny, to trudno jest nam pojąć ile właściwie go mamy. A to podejście pozwoli nam bardziej świadomie wydawać nasz czas. To trochę tak, jakbyśmy każdego dnia zaraz po przebudzeniu dostawali 100 kuponów, za które będziemy “kupować“ różne aktywności:
Poranna kawa i lektura 52Notatki: 1 kupon
Spacer z psem: 3 kupony
Sobotnie zakupy w markecie: 6 kuponów
Trening: 9 kuponów
Sprzątanie: 6 kuponów
Serial na Netflixie: 5 kuponów
Obiad z rodziną: 4 kupony
…i tak dalej, aż do końca dnia.
Takie spojrzenie pozwala nam zrozumieć, na co wydajemy nasz czas. Każdemu się zdarza, że dzień szybko umyka i nawet nie wiemy gdzie. Zwłaszcza teraz, gdy w listopadzie robi się ciemno już o 16:00. A dzięki temu podejściu możemy łatwiej zaobserwować na co “wydaliśmy” nasze 10-minutowe kupony. W tym punkcie chciałbym zaproponować:
Ćwiczenie 1
Zwróć uwagę, na co jest wydawany Twój czas. Ile płynie na utrzymanie Twojego życia, czyli na pracę, codzienne obowiązki, dojazdy, sprzątanie, etc. Ile czasu poświęcasz na rozrywkę, spotkania z rodziną czy znajomymi i na swój własny rozwój. Oraz jak to się rozkłada w roboczym tygodniu, a jak w weekend. Na razie nic z tym nie rób, tylko zaobserwuj, żeby mieć świadomość dokąd płynie Twoje 100 kuponów dziennie. Czy zadowala Cię to, co widzisz? Gdzie tego czasu płynie za dużo, a gdzie za mało?
U każdego wnioski pojawią się same i będą inne w zależności od tego na jakim etapie życia jesteś. Przykładowo, ktoś stwierdzi, że pracuje za mało, ktoś inny, że za dużo. Ale pojawią się też wnioski wspólne dla wszystkich. Bo raczej nikt nie stwierdzi, że za mało czasu spędza na czytaniu newsów czy oglądaniu TV. Albo że za dużo przeznacza go na swój rozwój czy dbanie o zdrowie.
Ta obserwacja zajmie nam kilka dni, dlatego równolegle warto zrobić:
Ćwiczenie 2
Załóżmy, że masz pełną kontrolę nad swoim czasem - jak wyglądałby Twój dzień? Nie mówię tu o jednorazowym urlopie, ale o takim przeciętnym dniu, w którym musi się znaleźć czas na pracę, odpoczynek, rodzinę, rozwój i wszystko inne, co jest dla Ciebie ważne.
Odpowiedz sobie na pytanie, ile spośród 100 kuponów chciałbyś poświęcić na pracę oraz w jakich godzinach dnia by się odbywała? Które czynności chciałbyś kompletnie wykreślić, a które ograniczyć do granic możliwości. Co nowego dodałbyś w te zaoszczędzone miejsce?
Wbrew pozorom to trudne ćwiczenie. To trochę tak, jak z rozmową na co byś wydał pieniądze z wygranej loterii. Na początku jest łatwo, bo kupujemy domy, samochody, rozdajemy po rodzinie i lecimy na wczasy - ale co dalej? Tak samo jest tutaj, bo wcale nie jest łatwo mądrze wybrać, na co wydać każdy z tych 100 kuponów. Warto przemyśleć dwie wersje, jedną dla idealnego dnia roboczego, a drugą dla weekendu.

Sam wykonywałem te ćwiczenia wielokrotnie. Dzięki temu metodą prób i błędów wypracowałem:
Moje praktyczne podejście
Gdy pracowałem na etacie, to model podziału dnia na 10-minutowe segmenty od Ingvara Kamprada sprawdzał mi się doskonale. Dzięki takiemu podejściu byłem w stanie znaleźć czas, nawet gdy miałem mocno napięty grafik. Nauczyłem się lepiej wykorzystywać czas podczas dojazdów do biura, wstawałem przed pracą, żeby pisać dziennik i pójść na trening. A moim ulubionym dniem była (i do dziś jest) sobota, którą bardzo świadomie wykorzystywałem na pracę dla siebie. Starałem się, aby to był mój jeden dzień w tygodniu, który spełniał warunki z ćwiczenia numer 2.
Sytuacja istotnie się zmieniła, gdy blisko dwa lata temu postanowiłem sprawdzić, jak się żyje bez etatu. Przyznam, że trochę mi zajęło odnalezienie się w tych warunkach, bo to, że ma się więcej czasu nie znaczy, że automatycznie będzie się go lepiej wykorzystywać.
Wprowadziłem dwie główne zmiany w swojej metodyce. Pierwsza to praca w sprintach, czyli wysoka intensywność i skupienie na konkretnym projekcie, a potem wejście w wolniejsze obroty. Ta druga faza zazwyczaj łączyła się z 2-3 miesięcznym wyjazdem za granicę z rodziną, co zresztą opisywałem na łamach 52Notatki. To duża zmiana w porównaniu do maratonu, jakim jest etat, gdzie biegniemy długo jednostajnym tempem, z krótkimi odpoczynkami podczas weekendów i krótkich urlopów.
Druga istotna zmiana dotyczyła segmentacji czasu. Zamieniałem codzienne 100 kuponów po 10 minut na:
3 okna czasowe po 3 godziny
Każdego dnia mam je w tych samych godzinach, czyli 8:00-11:00, 12:00-15:00 i 16:00-19:00. Każde z tych okien traktuję jak niezależne byty i staram się je wykorzystać na to, co jest dla mnie najważniejsze. Dzięki takiemu podejściu nawet jeśli zepsuję poranne okno czasowe (bo ktoś mi pokrzyżuje plany, wypadnie coś pilnego, etc.), to nie spisuję całego dnia na straty, bo mam jeszcze okno popołudniowe i wieczorne.
Dlaczego zakładam, że mam łącznie tylko 9 godzin w ciągu dnia, skoro tak naprawdę jest ich około 16?
Bo jestem realistą, mam normalne życie jak wszyscy i nie chcę pracować po 16 godzin na dobę. 9 godzin poświęcone na to, co ważne, to naprawdę BARDZO dużo. Moim celem jest stworzenie schematu pracy, który mogę powtarzać każdego dnia, a nie tylko jednorazowo pod presją czasu.
Oprócz tego, że dzielę dzień na 3 segmenty, to podobnie robię z całym rokiem. Nie wyznaczam sobie rocznych celów, ale tylko na 100 dni. Pilnuję pierwszych i ostatnich stu dni roku, co zapewne zauważyliście na łamach 52Notatek, bo regularnie przypominam o tych datach. Kolejny studniowy segment wykrajam równo na środku roku. Wszystkie moje cele dobieram tak, aby mieściły się w pierwszej, drugiej albo trzeciej setce. Dzięki takiej segmentacji czasu jestem w stanie:
Zrobić więcej, bo wiele zadań nie wymaga pełnych 365 dni na realizację.
Mam większy margines dla błędów. Jeśli zawalę pierwsze 100 dni, to mam jeszcze dwie szanse w roku, aby zrobić to samo, ale inaczej i lepiej.
Mogę szybciej reagować, a nie znowu czekać na styczeń.
Krótsze okresy sprawiają, że nie rozciągam zadań na cały rok (ochrona przed prawem Parkinsona).
Zadaję sobie pytanie, co chciałbym osiągnąć przez najbliższe 100 dni i jak muszę podejść do tematu, aby było to możliwe w tym czasie.

Wszystkie te metody, oraz wiele więcej, rozwijam w kursie Sprawdzona produktywność, którego druga edycja startuje już w ten poniedziałek. Ale zanim powiem o nim więcej, to na koniec chciałbym przypomnieć ważny koncept, o którym już kiedyś wspominałem:
Miliarderzy czasu
Milion sekund to 12 dni. Miliard sekund to 32 lata.
Między milionem a miliardem jest gigantyczna różnica.
Nie widzimy jej, bo w milionach liczymy pieniądze, a nie czas. Problem w tym, że użyteczność pieniędzy spada, gdy mamy ich coraz więcej. Nie zjesz trzech obiadów w ciągu dnia, nawet jeśli stać Cię na najdroższą restaurację w mieście. A jeśli masz w garażu dwadzieścia różnych aut, to w danej chwili i tak możesz jechać tylko jednym.
Natomiast z czasem jest zupełnie inaczej, bo każdy dzień jest tak samo cenny. Stracone pieniądze zawsze da się w jakiś sposób odpracować, ale zmarnowanych lat nie można odkupić. Przez całe życie możemy powiększać nasz majątek, ale w ujęciu czasu, z roku na rok będziemy tylko coraz biedniejsi. To nieuniknione, dlatego tak ważne jest, aby każdy dzień wydawać z namysłem.
Wiem, że z wiekiem czas jakby przyspiesza i widzę to już u siebie. Ale dostajemy go naprawdę dużo. Średnia długość życia w Polsce to już 79 lat. Czyli jeśli masz 47 lat lub mniej, to nadal masz miliard sekund do wydania.
Co zrobisz ze swoim czasem?
Następne kroki:
Zarządzanie swoim czasem to umiejętność, którą każdy powinien opanować. I to bez względu na to czy mamy go pod dostatkiem, czy może ciągle nam go brakuje.
Dobrym punktem startowym jest wykonanie dwóch ćwiczeń, które sugeruję powyżej. Mnie one pomogły dużo lepiej poukładać sobie dzień.
Rutyny innych ludzi mogą być dobrą inspiracją, ale nie zawsze da się je zastosować w naszym życiu. Zwłaszcza gdy patrzymy na milionerów, którzy mają własnych szoferów, sprzątaczki czy nianie na pełen etat.
Celem jest zbudowanie schematu, który da się wielokrotnie powtarzać. Praca kosztem snu, zaniedbania zdrowia i rodziny oraz żywienie się w fastfoodach to proszenie się o kłopoty, które nadejdą szybciej niż myślisz.
Kurs Sprawdzona Produktywność 2025: 2 dni do startu
Kurs rusza w poniedziałek (17 listopada) i po tej dacie nie będzie można już do niego dołączyć. Potrwa 2 tygodnie i pozwoli każdemu nabrać solidnego rozpędu pod koniec roku.
Generalnie to był mój największy dylemat: przeprowadzić go teraz czy w styczniu 2026. Na początku roku na pewno sprzedałby się lepiej, bo styczeń sprzyja noworocznym postanowieniom, zmianom i szukaniu nowych celów.
Jednak mi najbardziej zależy, aby był on maksymalnie skuteczny i dlatego wybrałem ostatnie dwa tygodnie listopada. Dzięki temu każdy na spokojnie będzie mógł się z wyprzedzeniem przygotować na zmiany, ustalić swoje cele, zrobić porządki i mocno wystartować w nowy rok. Satysfakcja Uczestniczek i Uczestników jest tu dla mnie ważniejsza, dlatego uprzedzam, że kolejna edycja ruszy dopiero za rok.
Myślę, że najmocniejszą stroną tego kursu jest to, że zawiera wyłącznie rozwiązania, które sprawdziłem na sobie. Jeśli odpowiada Ci moje podejście do segmentacji czasu albo do długu decyzyjnego i widzisz w tych tekstach zastosowanie we własnym życiu, to myślę, że reszta kursu też Cię zainteresuje. Szczegółowy opis wszystkich modułów jest już gotowy i w zasadzie większość z nich mam już na ukończeniu. Zapowiada się naprawdę solidna dawka wiedzy, z której ja też na pewno skorzystam.
Komplet informacji znajdziesz na tej stronie:
A tak prywatnie…
Obecnie pomieszkuję w wynajętym mieszkaniu, które ma sporych rozmiarów telewizor. Postanowiłem to wykorzystać, bo w domu nasz największy ekran to monitor komputera, na którym nie najlepiej ogląda się filmy. Kupiłem więc abonament w Disney+, żeby spełnić ojcowski obowiązek i pokazać synowi “Gwiezdne Wojny”. Niestety już po kilku minutach usłyszałem słowa “ja to znam, dziadek mi to puścił jak byłem mały“. W efekcie Dziadkowie nie zobaczą wnuka do jego 18 urodzin, ale nie o tym chciałem pisać :)
Oglądając ponownie najnowsze części tej sagi, zorientowałem się, że bardzo słabo je pamiętam. Z kolei te pierwsze, które widziałem dobre 20 lat temu, znam zaskakująco dobrze. Nie wiem z czego to wynika - czy mocniej mi się utrwaliły, bo byłem młodszy? A może te nowe nie zrobiły już takiego wrażenia i dlatego nie zostały zapisane w pamięci?
Uświadomiło mi to, że z czasem zapominamy więcej niż nam się wydaje. W sensie, że nawet nie wiemy, że o czymś zapomnieliśmy, dopóki ktoś nam o tym nie przypomni. I choć każdy robi tysiące zdjeć, które mamy przy sobie w telefonach, to i tak rzadko do nich wracamy. Muszę na to zwrócić większą uwagę w przyszłości i poszukać jakiegoś sposobu.

Post scriptum: dzisiejszym wydaniem kończymy na razie temat produktywności. Teraz do napisania mam m.in. świąteczny poradnik prezentowy dla marudy co to nic nie chce, przewodnik po tworzeniu newslettera, oraz podsumowanie mojego wyzwania wagowego. Jeszcze dużo ciekawych rzeczy pojawi się do końca roku i jeśli nie chcesz, aby Cię ominęły, to warto się zapisać na wersje mailową:
🤫


