Paradoks pracy dla siebie i najlepszy czas na Japonię
Przekleństwo przedsiębiorcy
Uprzedzam, że lektura tego wydania może prowadzić do zakupu biletów lotniczych do Japonii oraz pozbycia się weekendów ze swojego życia. Czytasz na własną odpowiedzialność :)
Ruszajmy!
Najlepszy czas na odwiedzenie Japonii
Gdy 15 lat temu wprowadziłem się do Warszawy to na rynku mieszkań panowała dziwna sytuacja. Wynajem kosztował dokładnie tyle samo, co wynosiła rata kredytu hipotecznego. Czyli miałem do wyboru: wynająć mieszkanie za 1500 złotych za miesiąc albo wziąć kredyt hipoteczny na 25 lat, kupić je i też płacić 1500 złotych. Po obu stronach dochodziły oczywiście inne koszty, typu Internet, prąd, etc., ale te kwoty były bardzo do siebie zbliżone.
Tę sytuację można było interpretować na dwa skrajne sposoby:
Wynajem jest lepszy - bo masz elastyczność, nie musisz się zobowiązywać, a jak coś się popsuje, to dzwonisz do właściciela i on naprawia.
Zakup jest lepszy - bo mieszkanie powoli staje się Twoją własnością, nikt Ci nie wypowie umowy i możesz z nim robić co chcesz.
Dla mnie wybór był oczywisty, bo jako dziecko z pokolenia zero nie chciałem być zmuszony do płacenia komuś przez całe życie za wynajem. Już po kilku miesiącach pracy w Warszawie zaciągnąłem pierwszy kredyt i kupiłem małe mieszkanie. Wprawdzie miałem pomysł, aby wkład własny inwestować na giełdzie jeszcze przez kilka miesięcy, ale całe szczęście moja żona wybiła mi to z głowy.
Nadal spłacam kredyt za to mieszkanie, a moja rata do dziś wynosi tyle samo, czyli niecałe 1500 złotych. Gdybym poszedł ścieżką najmu, to teraz na pewno płaciłbym miesięcznie znacznie więcej, nie mówiąc o tym, jak urosły w tym czasie ceny nieruchomości.
Na tym etapie lektury pewnie zaczynasz się zastanawiać:
Co to ma wspólnego z Japonią?
Stali Czytelnicy wiedzą, że w tym roku razem z rodziną mieszkałem przez miesiąc w Japonii. Kilka dni spędziliśmy w Osace, gdzie wylądowaliśmy lecąc z Hong Kongu, potem tydzień w Kioto, a reszta w Tokio. I choć mógłbym długo pisać o tym, co mi się tam podobało i jakie są walory turystyczne Japonii, to jest jeden argument, dla którego chciałbym tam jak najszybciej wrócić:
Japonia jest teraz istotnie tańsza od Polski. Tańsze jest jedzenie na mieście i w supermarketach, tańsze są buty, ubrania i kosmetyki, tańsza jest komunikacja miejska. Nie chodzi tylko o lokalne produkty - kawa w Starbucksie przy sławnym skrzyżowaniu w dzielnicy Shibuya jest tańsza niż w Wilanowie. Buty Nike, które kupiłem w ich flagowym butiku w dzielnicy Harajuku, kosztowały mniej niż wynosi ich cena w polskim sklepie internetowym. Nie wspominając już o jedzeniu, bo koszt trzech ramenów ze wszystkimi dodatkami i napojami w centrum Tokio to łącznie niecałe 100 zł.

W Japonii żyłem jak turysta, w hotelach z Bookingu i mieszkaniach z Airbnb, więc nie znam cen wszystkiego. Nie kupowałem tam samochodu, nie płaciłem za szkołę dziecka ani za prąd czy wywóz śmieci. Ale rzeczy codziennego użytku są wyraźnie tańsze niż w Polsce albo przynajmniej bardzo porównywalne. A ja nie potrzebuję wiele więcej do życia.
Co w tym jest dziwnego?
To, że Japonia jest jednym z najwyżej rozwiniętych krajów świata i społeczeństwo jest tu wyraźnie bogatsze niż polskie. Widać to na każdym kroku - od jakości architektonicznej miast, siatki połączeń metra i kolejek, przez organizację zieleni miejskiej czy jakość samochodów na ulicach i sposób ubioru Japończyków. Życie powinno być tu istotnie droższe niż w Polsce, tak jak dla nas droższy do życia jest Londyn, Zurych, Oslo, Singapur czy Nowy Jork.
Dlaczego więc Tokio jest tańsze od Warszawy, a Kioto od Krakowa? Można o tym napisać długi artykuł i godzinami dyskutować. Ale teraz nie ma to dla mnie żadnego znaczenia ani wartości. Tak samo jak rozmowa o tym, dlaczego raty kredytu za mieszkanie w 2010 roku były na poziomie ich najmu. W obu tych przypadkach najważniejsze jest uniknięcie ważnego błędu: założenia, że to się nigdy nie zmieni.
Osoby, które świadomie wybrały najem zamiast zakup często kierowały się wiarą, że już na zawsze ceny wynajmu będą równe ratom kredytów. Dziś już wszyscy wiemy, że to była anomalia ekonomiczna, która nie trwała długo i szybko nie wróci. Moim zdaniem podobna sytuacja ma miejsce w przypadku Japonii: ten kraj nie może długo pozostać tak tani do życia. Nie wiem co finalnie domknie to okno cenowe, bo czynników jest kilka. Popyt ze strony turystów ze świata będzie rósł, bo skoro dla Polaków jest tanio, to co dopiero dla Amerykanów, Niemców czy Skandynawów. Słaby yen w końcu się umocni, a sami Japończycy pewnie zaczną wprowadzać nowe podatki dla turystów.
Co ciekawe, Japonia powszechnie jest uznawana za drogi kraj. I do niedawna tak było. Tokio przez lata znajdowało się na szczycie globalnych rankingów najdroższych miast świata. Sam też tak zapamiętałem ten kraj z mojej poprzedniej wizyty w 2017 roku. Gdy lecieliśmy tam w tym roku, to wiedziałem, że yen jest tani, ale nie spodziewałem się aż takiej różnicy w sile nabywczej.
Dlatego uważam, że teraz jest najlepszy czas na odwiedzenie Japonii. Jeśli ktoś z Was ma to w odległych planach, to zachęcam, aby je przyspieszyć. Choć Polska rozwija się bardzo szybko, żyje się tu dobrze i coraz lepiej, to do poziomu zamożności Japonii nadal wiele nam brakuje. Aby im dorównać potrzebne będzie zbudowanie globalnych firm, takich jak ich Toyota, Sony, Nintendo, Panasonic, Bridgestone czy Nomura. A to wymaga czasu liczonego w dekadach.
Wyjazd dziś do Japonii to coś więcej niż turystyczne atrakcje, egzotyka Orientu i dobre jedzenie. To szansa na doświadczenie kraju, który jest na gospodarczym poziomie, do którego Polska zmierza, ale nie dotrze za mojego życia. I choć sam wróciłem stamtąd raptem pół roku temu, to też mocno rozważam powrót, ale już na dłużej niż miesiąc.
Następne kroki:
Gdy metr mieszkania w Warszawie kosztował tylko 6000 zł to równie niskie były też pensje. Pamietam, że sam w mojej pierwszej pracy w Warszawie zarabiałem około 3000 zł. Piszę o tym, aby przestrzec przed myśleniem, że kiedyś było dużo łatwiej, bo mieszkania były za pół darmo.
Oczywiście do ceny życia w Japonii trzeba doliczyć koszt lotu. Tak samo jak do stałej wysokości raty kredytu należy doliczyć koszt wydłużenia okresu spłaty w przypadku wzrostu stóp procentowych. W obu tych przypadkach trzeba patrzeć całościowo.
Więcej na temat mojego podejścia do własności i kredytów pisałem tutaj. Natomiast wpis o organizacji i kosztach podróży po Azji znajduje się poniżej:
Paradoks pracy dla siebie
Tak jak pisałem przed tygodniem, właśnie mijają dwa lata od dnia, kiedy postanowiłem zrobić rok przerwy od pracy na etacie. Teraz zależy mi, aby więcej korzystać na sprawczości i skalowalności, które dziś oferuje świat. Bo skoro mogę zarabiać na własnych umiejętnościach i aktywach, samemu robić tyle co dawniej kilkuosobowe zespoły, oraz pracować z dowolnego miejsca, to byłoby skrajnie nierozsądne, gdybym tego nie użył.
Dlatego moja ścieżka zawodowa coraz bardziej skręca w stronę pracy tylko dla samego z pominięciem pośredników. To dla mnie zupełnie inne podejście, bo przez lata starałem się być atrakcyjny i przydatny dla pracodawcy. Teraz, gdy sam nim jestem, to reguły gry się zmieniły, a ja jeszcze ich wszystkich nie znam.
Dlatego dużo czytam, oglądam i uczę się w tym temacie. Konsumuję blogi, wideo, książki i płatne kursy. Uczę się narzędzi, rozwiązań, modeli biznesowych i szukam dla nich zastosowania u siebie.
Szczególnie cenię sobie sposób myślenia Navala Ravikanta. Usłyszałem o nim kilka lat temu w podcaście u Tima Ferrissa. Choć jego słowa wydawały mi się wtedy bardzo sensowne, to nie do końca do mnie trafiały, bo byłem w innym miejscu w życiu. Ale miesiąc temu przeczytałem najnowsze wydanie jego newslettera, które przyszło do mnie w idealnym momencie. Poniżej moje tłumaczenie, a tu jest oryginał po angielsku.
Gdy naprawdę pracujesz dla siebie, to nie masz hobby, nie masz weekendów i nie masz wakacji - ale nie masz też pracy.
To jest paradoks pracy dla siebie, który zna każdy przedsiębiorca i osoba samozatrudniona. Kiedy zaczynasz pracować na własny rachunek to poświęcasz ideę równowagi między pracą a życiem. Zacierasz granicę między nimi. Nie ma już dziewiątej do piątej. Nie ma biura. Nie ma nikogo, kto mówi ci, co masz robić. Nie ma podręcznika, według którego masz podążać. A jednocześnie nie ma też przycisku „wyłącz”. Tego nie da się wyłączyć. Ty jesteś biznesem. Ty jesteś produktem. Ty jesteś pracą.
Gdy czytam te słowa, to czuję się, jakby ktoś mnie bił po twarzy. Każde zdanie jest do bólu prawdziwe. Chyba dobrze, że nie przeczytałem tego, gdy jeszcze pracowałem na etacie, bo bałbym się go rzucić.
Jeśli robisz coś naprawdę swojego i bardzo ci na tym zależy, to nie możesz tego odłożyć na bok. I to jest przekleństwo przedsiębiorcy. Ale korzyść z bycia przedsiębiorcą polega na tym, że jeśli robisz to dobrze, w dobrym celu, dla właściwych ludzi i we właściwy sposób, i jeśli potrafisz odsunąć od siebie stres, to nie czujesz, że to jest praca.
Płacimy wysoką cenę, ale w zamian dostajemy coś, co bardzo trudno kupić. Uczciwy układ.
I właśnie wtedy jesteś najbardziej produktywny. Ocenia się ciebie wyłącznie po twoich efektach. Rozliczasz się jedynie z poprzeczki, którą sam sobie postawiłeś. To może być niezwykle ekscytujące i wyzwalające. Dlatego już dawno temu powiedziałem, że odpowiednia dawka wolności może sprawić, że staniesz się „niezatrudnialny”.
Oznacza to, że jesteś niezdolny do pracy w klasycznym modelu od 9:00 do 17:00 i według instrukcji od szefa. Ale kiedy już się z tego wyrwiesz, kiedy przejdziesz po linie bez siatki bezpieczeństwa, bez przełożonych, bez stanowiska pracy to dostajesz coś, co dla przeciętnego człowieka wygląda jak ogromna wada: brak weekendów, brak wakacji, brak wolnego czasu, brak work-life balance. Ale jednocześnie, gdy pracujesz, to wcale nie wydaje się pracą. To jest coś, co naprawdę motywuje, i to jest twoja nagroda.
Taki opis przesiębiorcy przemawia do mnie dużo bardziej niż obietnice lżejszej i krótszej pracy niż ta na etacie.
Podsumowując, uważam że jest to podróż w jedną stronę. Kiedy ktoś już raz doświadczy pracy nad czymś, co naprawdę go obchodzi, z ludźmi, których naprawdę lubi, i w sposób, który go samonapędza - staje się niezatrudnialny. Nie jest w stanie wrócić do zwykłej pracy od poniedziałku do piątku z przełożonym, menedżerem i kontrolą postępów.
Naval był jednym z pierwszych “twitterowych filozofów“, czyli osób, które dzieliły się wiedzą w formie wątków. Jeden z najsławniejszych to jego How to Get Rich without getting lucky z 2018 roku. Myślę, że aby wyciągnąć coś dla siebie z tego typu treści, to muszą one rezonować z naszymi myślami i doświadczeniami. Inaczej będą się dla nas wydawać zbyt suche i uproszczone, aby zastosować je w praktyce. Dlatego moim zdaniem najpierw warto sięgnąć po dłuższe treści.
Następne kroki:
Naval niedawno udzielił dobrego wywiadu w Modern Wisdom, w którym porusza dużo ważnych tematów. Warto go tam na spokojnie posłuchać, dla mnie jego wywiady (ten, u Ferrissa i Joe Rogana) są lepsze niż książka “Almanach”, która jest zbiorem tweetów, transkrypcji i artykułów.
Etat i praca dla siebie różnią się wieloma rzeczami. Błędem jest przenoszenie oczekiwań i metryk z tego pierwszego na drugi.
“Ty jesteś biznesem. Ty jesteś produktem. Ty jesteś pracą. Tego nie da się wyłączyć”.
52Wydania temu
To nowa stała sekcja, w której przypominam wydania 52Notatki, które opublikowałem równo rok, dwa i trzy lata temu. Wpadłem na ten pomysł pisząc swój dziennik 5-letni, w którym widzę ten sam dzień na kilka lat do tyłu - i dużo na tym korzystam.
Efekt Super Mario i za co karze szkoła, ale życie wynagradza. Praktyczne wydanie w sam raz na początek roku szkolnego.
Skuteczne procedury i efekty internetowego postu - czyli w obronie znanych rozwiązań. Nadal trzymam się checklist i rozbudowuję swoje procedury (zwłaszcza inwestycyjne). W te wakacje nie robiłem internetowego postu, ale w najbliższych miesiącach chcę zmienić formę prowadzenia moich social mediów.
Co zrobić, gdy mamy za dużo czasu, trzy przerażająco dobre książki, paradoksy rządzące naszym życiem i zegarki pilotów. W pierwszym sezonie niemal w każdym wydaniu były 2-4 różne teksty. Teraz częściej piszę jeden, ale dłuższy artykuł, bo zacząłem dokopywać się do głębszych tematów. To wydanie znajdziesz na stronie 243 w 52Notatki Sezon 1 (teksty z pierwszego roku są niedostępne online).
Każde wydanie 52Notatek musi spełniać kilka warunków, zanim je opublikuję. Jeden z nich to ponadczasowość - moje artykuły muszą być użyteczne przez lata. Możesz sprawdzić czy mi się to udało, czytając wymienione wyżej archiwalne teksty. A jeśli chcesz je mieć w domowej bibliotece, to możesz je kupić w formie książki lub ebooka. Po szczegóły zapraszam tutaj:
A tak prywatnie…
W pierwszym roku pisania 52Notatki wiele wydań wyglądało podobnie do dzisiejszego. Czyli zawierało kilka totalnie niepasujących do siebie tematów. Nie mówiąc o tym, że jak się spojrzy wstecz, to każde wydanie jest o czymś innym. Już kilka razy usłyszałem, że tak nie wolno pisać i że powinienem skupić się na konkretnym obszarze i na wąskiej niszy.
Jednak ja od zawsze chciałem, aby 52Notatki były newsletterem pisanym dla mnie samego. I żeby były tylko o tym, co teraz mnie interesuje, ciekawi, pochłania albo dręczy czy nie daje spokoju. Na początku byłem jeszcze na tyle naiwny, że myślałem, iż w ciagu 52 wydań uda mi się wszystko opisać, po czym będę mógł zgodnie z planem zamknąć ten projekt. Teraz już wiem, że to niemożliwe, a faktycznym powodem jego zakończenia prędzej będzie nadmiar, niż niedobór.
Post scriptum: To zdjęcie dostałem od Krzysztofa, jednego z Czytelników. Jak napisał w mailu do mnie, zabrał Sezon 1 w kilkumiesięczną podróż samochodowo-namiotową po Rumunii i Turcji, w trakcie której był intensywnie czytany. Szczerze mówiąc wolę, aby moje książki zostały tak zajechane, niż jakby miały stać zapomniane na półce i tylko się kurzyć. Piękny widok :)
🤫



