Najważniejsza lekcja ze Spirited Away i Fight Club
Rzeczy, które kiedyś były pieniędzmi
Mamy taką tradycję z synem, że co roku w grudniu oglądamy animację “Mój sąsiad Totoro”. Najpierw jedziemy po choinkę, potem ją ubieramy w lampki, ozdoby i cukierki, a wieczorem siadamy przy jej świetle i wspólnie odpalamy ten film na laptopie.
Już tu kiedyś wspominałem o tej tradycji, którą kontynuujemy od naprawdę wielu lat. Za wyjątkiem jednego roku, gdy okazało się, że nasza choinka była zamieszkana przez robaki, które postanowiły się ujawnić dopiero następnego dnia. W efekcie musieliśmy ją dosłownie wyrzucić przez okno, ale to historia na inną okazję :)
Wprawdzie “Totoro” jest moim ulubionym filmem od studia Ghibli - ale nie jest tym najlepszym. Ten tytuł należy się animacji “Spirited Away”, która jest po prostu dziełem wybitnym. Wielowątkowa fabuła, którą można interpretować na rożne sposoby, piękne animacje robione ręcznie przez ludzi, oraz przemyślana kompozycja kadrów tworzą obraz, który na długo zostaje w pamięci. A każdy kolejny seans odkrywa sceny, które poprzednim razem umknęły naszej uwadze albo wywołuje przemyślenia, do których to my musieliśmy dojrzeć.
W krainie bogów
“Spirited Away” opowiada historię młodej dziewczyny o imieniu Chihiro, która zabłądziła razem z rodziną w drodze do nowego domu. W efekcie przypadkowo trafiają do tajemniczego świata zamieszkanego przez bóstwa i duchy. Aby się z niego wydostać Chihiro musi pracować w łaźni prowadzonej przez wiedźmę, gdzie fabuła zaczyna się tylko coraz bardziej komplikować.
Z tego filmu można wyciągnąć wiele lekcji, ale dziś chciałbym opowiedzieć tylko o jednej. Pamietam, że uderzyła mnie już wtedy, gdy po raz pierwszy oglądałem tę animację. Zaraz na początku, tuż po tym jak cała rodzina trafia do magicznego świata, rodzice Chihiro zostają zamienieni w świnie. To kara za to, że bez żadnego umiaru zaczęli zjadać jedzenie przygotowane dla duchów. Ta scena jest zarówno groteskowa, co straszna i od razu ustawia widza do pionu. To nie będzie kolejna “japońska bajka” z lekką i zabawną fabułą.

Zawsze tylko więcej
Dziewczynka od początku próbowała powstrzymać rodziców, ale jej prośby zostały zignorowane. Tak jak pisałem niedawno, nikt nie wyśmieje dziecka, ale też nikt nie traktuje go poważnie. Chihiro jest przerażona widokiem mamy i taty zamienionych w świnie i tym, że nagle została sama w obcym miejscu. A to, wraz z nadejściem zmroku, zmienia się nie do poznania…
Jedzenie, które skusiło rodziców Chihiro, wygląda apetycznie i realistycznie, co zresztą jest jednym ze znaków rozpoznawczych animacji od studia Ghibli. Rzucają się na nie, jakby nie jedli od tygodnia. Nie zwracają większej uwagi na to, co mają na talerzu, skupiają się tylko na ilości. Ich cel jest jeden: zjeść jak najwięcej, zanim będą syci. Nie przestają nawet wtedy, gdy zostają już przemienieni, a ich córka płacze zrozpaczona, by przestali.
Jaki wniosek z tego płynie? W świecie, w którym wszystkiego mamy pod dostatkiem, musimy wyznaczać sobie:
Wysokie standardy konsumpcji
Jeśli będziemy sięgać po wszystko co tanie lub darmowe, to nasz dom szybko zostanie zasypany przez śmieciowej jakości produkty. Szafa nam spuchnie od ubrań “na jeden raz”, a my nadal nie będziemy mieli się w co ubrać. W naszej kuchni pojawią się produkty, które nigdy nie nasycą głodu. I będziemy mieć dostęp do setek filmów i seriali, a mimo to nie będziemy mieć co oglądać. Jeśli chcemy, aby było tanio, szybko i dużo, to zawsze znajdą się firmy, które z wielkim zaangażowaniem (i darmową dostawą) spełnią to życzenie.
Ktoś może spytać, co w tym złego, bo przecież od nadmiaru głowa nie boli. Polemizowałbym, bo to jedno z tych bzdurnych powiedzeń, które jakimś cudem wdarły się do naszej świadomości. Inny przykład to “co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Niedawno miałem nieprzyjemność spędzić pół dnia na SORze i nie widziałem tam nikogo, kto czułby się silniejszy. Ale to ponownie historia na inną okazję.

Wszystkie posiadane przez nas rzeczy, nawet te drobne czy kupione na promocji, kiedyś były pieniędzmi. Wszystkie te pieniądze kiedyś były czasem, który poświęciliśmy na ich zarobienie. Z kolei czas kiedyś był naszym potencjałem i możliwościami, które słusznie wydawały nam się nieograniczone.
I jeśli je wszystkie zamienimy na większy telewizor, na którym i tak nie mamy co oglądać, kolejny T-shirt z poliestru kupiony na Shein, fastfood z dostawą do domu albo plastikowe wynalazki z Temu, to czeka nas ból głowy, na który nie ma lekarstwa. Można go tylko zagłuszyć i to wyłącznie w jeden sposób - konsumując jeszcze więcej.
Raz wydanego czasu nie odzyskamy już nigdy. Nie odkupimy go za miliony na koncie ani tym bardziej za przedmioty, które zgromadziliśmy. I dlatego tu pojawia się pytanie czy to ja mam moje rzeczy, czy może…
Rzeczy mają mnie
Pamiętam, że gdy jako nastolatek po raz pierwszy oglądałem “Fight Club”, to kompletnie nie zwróciłem uwagi na scenę w barze, kiedy Tyler mówi “the things you own end up owning you”. Ani tym bardziej, gdy padają słowa, że “nie jesteś swoją pracą, pieniędzmi na koncie ani samochodem, którym jeździsz”. To pewnie dlatego, że wtedy nie miałem żadnej z tych rzeczy, a ten film był dla mnie po prostu dobrym kinem akcji.
Dopiero z wiekiem zrozumiałem przesłanie jakie niesie “Fight Club”. I że nasze rzeczy będą się domagać, abyśmy je nosili, oglądali, dotykali, używali ich i o nie dbali. Że będą zajmować nie tylko przestrzeń w naszym otoczeniu, ale też w naszej głowie.
Problem w tym, że sama świadomość tego mechanizmu jeszcze niczego nie zmienia. Możemy go nadal ignorować, pod naporem reklam, własnych potrzeb i presji społecznej. Tak samo jak robią to nałogowi palacze, którzy przecież na każdej paczce mają napisane, że palenie ich zabija.
Co więcej, jeśli udało nam się dobrze ogarnąć nasze życie, to jest tylko kwestią czasu, kiedy będziemy mieli nadwyżki finansowe. Będzie nas stać na większe mieszkanie, lepsze auto i każdy nowy zestaw LEGO. Co zrobić w tej sytuacji, aby nasze błogosławieństwo nie stało się przekleństwem?
Moim zdaniem nie ma sensu uciekać w stronę skrajnego minimalizm, bo on nie jest trwałym rozwiązaniem. Za moment napiszę, jaki sposób sprawdza się u mnie najlepiej, ale aby to dobrze wytłumaczyć, będę musiał poprosić o pomoc jednego z najciekawszych potworów w dziejach anime. I nie piszę tego lekką ręką, bo Japończycy są naprawdę dobrzy w wymyślaniu czarnych charakterów. Nie ma imienia ani twarzy, ale jest znany jako:
No-Face
Początkowo No-Face pojawia się w “Spirted Away” jako cichy i nieszkodliwy duch, który niewiele wnosi do fabuły. Jednak w miarę jej rozwoju staje się coraz bardziej nieprzewidywalny i niebezpieczny. W poszukiwaniu akceptacji zaczyna upodabniać swoje zachowanie do postaci, które spotyka. Przełom następuje, gdy pojmuje, że zamiast zabiegać o ich względy, uczucia i atencję, to może je po prostu kupić.
Zaczyna rozdawać złoto, którego ma pod dostatkiem i konsumować coraz większe ilości jedzenia. Staje się żarłocznym duchem i tyje coraz bardziej. Nigdy nie jest syty ani nie ma dość. Brak własnej tożsamości chce zapełnić dobrami materialnymi.
Zwrot następuje dopiero wtedy, gdy spotyka Chihiro, która jako jedyna nie chce jego złota. Dziewczyna musi zdecydować, w jaki sposób stawi mu czoła i ostatecznie zamiast walki wybiera współczucie i zrozumienie. Dzięki temu No-Face odnajduje spokój, staje się nieszkodliwy, cichy i wraca do swoich poprzednich rozmiarów. Ale jeszcze przez długi czas towarzyszy Chihiro, co dla mnie jest bardzo wymowne. Myślę, że ta historia to dobra odpowiedź na to…
Jak udomowić materializm
Duch No-Face symbolizuje bezgraniczny konsumpcjonizm. Jeśli zostawiamy go bez nadzoru, to z czasem stanie się niemożliwy do okiełznania. Nie można z nim walczyć głodem i przymusem, bo w pewnym momencie wymknie się spod kontroli i narobi szkód.
Moje podejście do tego tematu sprowadza się do dwóch obszarów, które stosuję jednocześnie:
Prowadzenie życia prostego w utrzymaniu. Czyli takiego, które jest nieskomplikowane i wymaga mało atencji. Dzięki temu co do zasady ograniczamy przestrzeń, w której nasz konsumpcjonizm może się niebezpiecznie rozrosnąć. Zostaje nam dużo miejsca na świadome wybory i działania, które realizują nasze cele i potrzeby (a nie te, które są podyktowane przez rzeczy, które mamy). Dotyczy to takich obszarów życia jak moja lokalizacja, formy zarabiania na życie, metody inwestowania pieniędzy, media, które konsumuję czy rzeczy, które tworzę. Więcej na ten temat pisałem w artykule Coroczny przegląd czasu oraz rozwijałem go w kursie “Sprawdzona Produktywność” (już niedostępnym).
Cykliczne porządki i regularne odgracanie. Staram się dbać o przestrzeń, która mnie otacza, zarówno tę fizyczną, jak i cyfrową. Raz w roku robię duże porządki, które nie tyle znaczą czyszczenie i mycie, co pozbywanie się zbędnych rzeczy. A na co dzień pilnuję się, aby opróżnione półki, szafy, foldery i dyski szybko się znowu nie zapełniły nowymi rzeczami i plikami. Choć tu muszę przyznać, że każda przestrzeń z czasem znowu się zagraca, trzeba tylko dbać, aby to tempo było jak najniższe. Temu tematowi poświęciłem oddzielne wydanie 52Notatki, którego lekturę szczególnie polecam na przełomie roku:
Następne kroki:
Obejrzyj “Spirited Away”, jest dostępny min. na Netflixie. Mój tekst to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo w tym filmie można znaleźć dużo więcej ciekawych porównań i symboliki. Uprzedzam tylko, że możesz być zaskoczony, jak bardzo ta produkcja różni się od animacji Disneya.
Bez ustanowienia dla siebie standardów konsumpcji, będziemy skazani na łaskę reklam, promocji i marketingu. Wyjdziemy z tej walki z torbami pełnymi rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy.
Trudno jest dostrzec rozmiar własnego materializmu, zanim stanie się zbyt duży. Z kolei wtedy cieżko jest sobie z nim poradzić. Polecam przetestować metody, które sprawdziły się u mnie - albo znaleźć własny sposób na okiełznanie ducha No-Face.
Pamiętaj, że wszystkie Twoje rzeczy kiedyś były pieniędzmi. A wszystkie te pieniądze kiedyś były czasem.
A tak prywatnie…
Jak przystało na fana animacji ze studia Ghibli, chciałem przywieźć z Japonii coś związanego z ich produkcjami. W Kioto znalazłem sklep z licencjonowanymi produktami, niedaleko Fushimi Inari. Jednak wybór figurek i gadżetów był zbyt przytłaczający, żebym coś na szybko wybrał i finalnie nic nie kupiłem.
Ale dwa tygodnie później trafiłem przypadkiem na stoisko z produktami Paper Theater. To małe, trójwymiarowe dioramy do samodzielnego składania. Są zrobione z laserowo wycinanego papieru lub drewna. Przedstawiają m.in. sceny z kultowych anime, a buduje się je klejąc kilka warstw w jeden obraz. Lubię składać takie rzeczy, więc od razu wybrałem ten zestaw ze “Spirited Away”:
Przedstawia on moment ciszy na chwilę przed totalnym chaosem. Zaraz po tym, jak No-Face urósł do niebezpiecznych rozmiarów, ponownie spotkał na swojej drodze Chihiro. Usiadła naprzeciw niego i powiedziała ze spokojem coś, po czym stracił nad sobą kontrolę i dostał ataku szału:
Ja koniecznie muszę się dostać w jedno miejsce.
Nie mogę tu zostać i ty też nie powinieneś.
A skoro nie możesz mi pomóc tam dotrzeć, to nie chcę od ciebie niczego.
Każde z tych trzech zdań perfekcyjnie trafia w sedno. Myślę, że Chihiro nie tylko zaprzyjaźniłaby się z Alicją z Krainy Czarów, ale mogłaby stać się dla niej wzorem.
Post Scriptum: Animacja “Spirited Away” jest doskonałym przykładem zastosowania filozofii Ma, czyli dbania o przestrzeń między rzeczami. Kompozycja wielu scen opiera się tam nie tylko na samej akcji, ale też na zachowaniu przestrzeni między nimi. Nie znajdziemy tego we współczesnym amerykańskim kinie ani na ulicach zachodnich miast. Więcej w tym temacie piszę tutaj:
🤫






