Lekcja pomnażania pieniędzy ze starożytności, czyli czego uczą stare książki
Inżynier z F1
W tym wydaniu piszę o pieniądzach z dalekiej przeszłości, starych książkach, szybkich autach i ważnych zegarkach. Ruszajmy!
Dlaczego czytam stare książki
W 2023 roku przestałem czytać nowe książki i postanowiłem skupić się tylko na tych, które liczą sobie przynajmniej dekadę. To było jedno z moich wyzwań na tamten rok, stali Czytelnicy pewnie pamietają, gdy o tym pisałem.
Skąd taki pomysł? Dwa główne powody:
Jeśli dana książka przetrwała 10 lat, 50, 100 czy nawet tysiąc, to musi być w niej coś wyjątkowego. Skoro przez lata nie dała o sobie zapomnieć, to myślę, że warto sprawdzić dlaczego.
Haruki Murakami, wybitny japoński pisarz, radzi, że aby lepiej pisać, trzeba czytać książki inne niż wszyscy. A mi bardzo zależy na tym, aby potrafić jak najlepiej pisać i uważam, że jest to jedna z kluczowych umiejętności przyszłości.
Moje wyzwanie z 2023 roku zostało ze mną do dziś i dogrzebuję się do coraz ciekawszych książek ze starych lat. Jak dobieram tytuły, które chcę przeczytać? Mam na to trzy sposoby:
Pierwszy polega po prostu na czytaniu wszystkiego, co jest na liście najważniejszych książek wszech czasów. W Internecie można znaleźć kilka wersji takich list i pewnie też kiedyś swoją opublikuję. To sensowne podejście, choć ma jedną wadę: te listy są tworzone przez współczesnych ludzi. A ja chciałbym też wiedzieć, co było ważne dla ludzi z innej epoki.
Dlatego mój drugi sposób polega na sięganiu po bestsellery z danej epoki i tytuły, które były kiedyś najbardziej poczytne. Czyli szukam odpowiedników renesansowego “Harry’ego Pottera” :) Problem w tym, że Gutenberg wynalazł druk raptem 575 lat temu i często potrzeba specjalistycznej wiedzy, aby dotrzeć do takich książek.
Stąd trzecim sposobem jest czytanie opracowań historyczny napisanych przez współczesnych autorów. I jedną z takich książek omawiam w dalszej części dzisiejszego wydania, ale to za chwilę.
Takie podejście do wyboru lektur stosuję już od ponad dwóch lat i będę z niego nadal korzystał. Oczywiście kusi mnie, aby czytać nowe pozycje, zwłaszcza gdy zrobi się o nich głośno. I czasem zdarza mi się po nie sięgnąć, regularnie słucham też podcastów ze współczesnymi autorami. Zawsze chcę ich poznać, zanim sięgnę po ich książkę, zwłaszcza że rynek stopniowo zalewany jest przez bezwartościowe tytuły napisane przez AI.
Ponad dwa lata czytania starych książek to dobry moment, aby odpowiedzieć na pytanie:
Co mi to daje?
Lista korzyści jest długa:
Poszerzam swoje horyzonty: siłą rzeczy w szkole uczymy się głównie o historii Polski i naszych najbliższych sąsiadów. Oraz o polskich autorach i przywódcach. Równolegle na świecie działo się wiele ważnych rzeczy i istniało sporo wybitnych pisarzy, którzy nie zmieścili się na liście obowiązkowych lektur szkolnych. Warto ich poznać.
Zyskuję dystans: czytam o rewolucjach, wojnach, przełomach technologicznych i osobistych tragediach, przy których moje problemy i wyzwania zaczynają wyglądać jak sielanka z odcinka Teletubisiów.
Dostrzegam wzorce: wiele dzisiejszych dzieł opiera się na sprawdzonych klasykach. Neo z “Matrixa” traci wzrok, gdy osiąga status zbawcy ludzkości. To samo spotyka Paula Atrydę z “Diuny”, napisanej w 1965 roku. Obaj nadal widzą, ale już inaczej. Gloucester z “Króla Leara” dopiero po oślepieniu dostrzegł prawdę o sobie i swoich synach. Szekspir napisał tę sztukę około roku 1605, ale już w starożytnej greckiej komedii “Król Edyp” tytułowy bohater sam się oślepił. Był to akt oczyszczenia, pokuty i wyrzeczenia się fałszu.
Zmieniam swój światopogląd: im więcej wiem o świecie i naszej historii, to tym inaczej na niego patrzę.
Spędzam mniej czasu online: poświęcam mniej uwagi na bieżące tematy, które zbyt często są rozdmuchiwane przez media poza granice rozsądku. Tam ma się klikać i komentować, a ja chcę czytać i pisać.
Uczę się więcej o sobie: przykładowo zauważyłem, że zanim zacznę czytać jakąś książkę, to szukam opinii i sprawdzam czy warto. Przecież nie chcę zmarnować kilku godzin, prawda? Ale bez problemu wchodzę na Instagram, YouTube, czy Twitter i posłusznie patrzę na to co algorytm zdecyduje się mi pokazać.
Daje mi to satysfakcję: czytanie starych książek często jest po prostu trudne i wymaga zaznajomienia się z rysem historycznym danej epoki. A jak już tu sobie kiedyś ustaliliśmy, robienie trudnych rzeczy jest niezbędne do osiągnięcia satysfakcji.
Znajduję rozwiązania współczesnych problemów: nasi przodkowie mieli podobne problemy co my i w wielu przypadkach udało im się znaleźć na nie rozwiązanie. “Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie” ten cytat od George’a Santayana dotyczy zarówno ważnych wydarzeń historycznych, jak i wielu codziennych zmagań.
Lektura starych książek ma na mnie wpływ i powoli przenika do 52Notatek. Pozwala mi bardziej zdystansować się od bieżących wydarzeń i omijać nowe mody. Coraz rzadziej polecam tu nowe książki, za to powstały artykuły na bazie wydanych w 1986 r. „Finite and Infinite Games”, „Przestępstwa tłumu” z 1922 r. listów Seneki czy “Rozmyślań” Aureliusza.
Wszystko sprowadza się do pytania czy chcesz to, co najlepsze, czy to, co najnowsze? Bo między tymi dwoma przymiotnikami niekoniecznie jest znak równości. Myślę, że w sieci jest już wystarczająco dużo materiałów skupiających się na tym, co teraz dzieje się na świecie, a brakuje kuratorów treści z przeszłości.
Następne kroki:
Sprawdź listę najważniejszych książek wszech czasów, może być ta od Goodreads. Wybierz z niej dowolne 2-3 książki i zacznij je czytać. Wiele z nich jest dostępnych za darmo w formie ebooka, za grosze gdzieś na portalach aukcyjnych albo po prostu w bibliotekach. Sam z jakiegoś nieznanego mi powodu lubię czytać używane książki :)
"Jeżeli czytasz to samo, co inni ludzie, to potrafisz myśleć tylko tak jak oni" Haruki Murakami. Paradoksalnie największe klasyki są mało popularne, a liderami sprzedaży są najnowsze bestsellery.
Chcesz to, co najlepsze czy to, co najnowsze? Często sam zadaję sobie to pytanie.
Lekcja finansów ze starożytności
Ostatnio postanowiłem dowiedzieć się więcej na temat tego, jak w dalekiej przeszłości ludzie zarządzali pieniędzmi. Szukając książki na ten temat trafiłem na tytuł: How to Make Money: An Ancient Guide to Wealth Management. Jest częścią serii publikowanej przez Uniwersytet Princeton, a jej autor to Luca Grillo, który jest profesorem klasyki i tłumaczem.
Książka zawiera przekład i komentarze do pism kilku starożytnych autorów rzymskich, prezentując dawne strategie zarządzania majątkiem oraz inwestowania. Nie wiem jak wiele osób na świecie ekscytuje takie połączenie tematyki, ale mnie na pewno :)
Pieniądz jaki dziś znamy przeszedł ogromną rewolucję w ostatnich dekadach. I wiele jeszcze się zmieni w finansach, głównie za sprawą rozwoju kryptoaktywów, a szczególnie stablecoinów. Ale dzięki tej książce można znaleźć prawa i zasady, które pozostały niezmienne dosłownie od tysięcy lat. I docenić to, jak łatwo i tanio możemy dziś przechowywać, transferować oraz lokować nasze pieniądze. Oto kilka wniosków i moich notatek, które wyciągnąłem z lektury tej książki:
Fundamentem majątku osobistego od dawna była ziemia i rolnictwo
Własne gospodarstwo rolne było podstawowym źródłem bogactwa oraz prestiżu. Uprawa oliwek, winorośli czy po prostu ziemi ornej była nie tylko dochodowa, ale również wzmacniała wizerunek właściciela jako osoby godnej zaufania i szacunku społecznego. Stabilne budowanie majątku wymagało efektywnego zarządzania ziemią.Pieniądze muszą być pomnażane, inaczej tracą
Nie wiem jak wysoka była inflacja dwa tysiące lat temu, ale ówcześni ludzie już wtedy poznali się na jej destrukcyjnym mechanizmie. Ich zdaniem najlepszym miejscem do ochrony, pomnażania oraz transferu pokoleniowego majątku była ziemia. Dziś pewnie znajdziemy kilka takich narzędzi, ale ziemia nadal jest wśród nich.
Nadużycia w systemie podatkowym
Okazuje się, że oszustwa podatkowe są równie stare co nasza cywilizacja. Podczas II wojny punickiej ( czyli dobre 200 lat p. n. e.) zdarzały się oszustwa polegające na „zatapianiu” pustych statków i żądaniu odszkodowań od państwa za straty.Ewolucję monetarną wymusiły wojny
Rzymianie długo funkcjonowali w gospodarce barterowej, gdzie środkiem wymiany były po prostu bydło, produkty rolne i usługi. Gdy imperium się rozrosło, a wraz z nim liczebność armii, pojawiła się konieczność opłacania żołnierzy. A to najwygodniej było robić w formie monet, którymi potem coraz powszechnej płacono. Widać tu ciekawą analogię do współczesności, bo kryzys z 2008 roku też wymusił silne zmiany w systemie monetarnym.Wysokie zarobki nie gwarantują statusu społecznego
W starożytnym Rzymie można było dużo zarobić na handlu niewolnikami i na prostytucji, ale osoby wykonujące te profesje były pogardzane, a nawet ograniczano ich prawa obywatelskie.Państwowe kontrakty od zawsze w cenie
Publikanie byli prywatnymi przedsiębiorcami, którzy kupowali od państwa prawo do poboru podatków, takich jak cła, myto czy opłaty za użytkowanie ziemi. Po wygraniu kontraktu, musieli odprowadzać do państwa określoną kwotę, a nadwyżkę zachowywali dla siebie. W efekcie prowadziło to nadużyć i wyzysku lokalnej ludności przez zawyżanie cen za usługi, z których musieli skorzystać. To dlatego w wielu dziełach historycznych, w tym w Biblii, poborcy podatkowi byli często pogardzani i nienawidzeni.Precyzyjne umowy to podstawa
Już w starożytności Rzymianie stosowali skomplikowane kontrakty handlowe i budowlane z jasno określonymi terminami, warunkami zapłaty, a nawet z karami za niedotrzymanie umów. Stanowiły one podstawę bezpieczeństwa inwestycji i handlu w imperium.Aby dobrze zarządzać, trzeba dobrze liczyć
Rzymscy właściciele majątków ziemskich w sposób zaskakująco szczegółowy pilnowali swoich kosztów. I to bez Excela i aplikacji do księgowości. Do dziś zachowały się ówczesne odpowiedniki ksiąg rachunkowych, gdzie wyszczególnione są koszty utrzymania, ceny upraw oraz wartości produkcji.Awans społeczny był możliwy dla każdego
To mnie zaskoczyło, bo pomimo surowej hierarchii, Rzym pozwalał na społeczną mobilność. Nawet niewolnicy, szczególnie ci z wykształceniem, mogli zarabiać, oszczędzać i wykupić swoją wolność, a następnie budować własny majątek. Kluczem do sukcesu była użyteczność ich umiejętności.Pośrednicy i słupy
Bogaci Rzymianie wykorzystywali agentów, niewolników czy nawet adopcje, aby prowadzić zakazane lub nieakceptowane przez elity biznesy. Dzięki temu mogli zarabiać, a jednocześnie zachować godność, przynajmniej w teorii.Wojna to doskonały biznes
Transport dla armii, produkcja broni i żywności, zapewnienie zakwaterowania oraz łupy przywiezione z podbitych ziem. Wojna od zawsze była okazją do zarobienia i niestety do dziś to się nie zmieniło.
Zachęcam do przeczytania całej książki, bo jest w niej dużo ciekawych tekstów źródłowych z tamtych lat. Na YouTubie znalazłem też wykład profesora Grillo na ten temat. Obecnie ma tylko 400 wyświetleń, polecam posłuchać, zwłaszcza że melodyjny włoski akcent profesora dodaje uroku :)
52Wydania temu
To stała sekcja, w której przypominam wydania 52Notatki, które opublikowałem równo rok, dwa i trzy lata temu. Wpadłem na ten pomysł pisząc swój dziennik 5-letni, w którym widzę ten sam dzień na kilka lat do tyłu - i dużo na tym korzystam.
Podwójne standardy, percepcja majątku i Coca-Cola, czyli co łączy bogatych i biednych. Myślę, że to było dobre wydanie, choć mam wrażenie, że ten żart z początku, w którym porównuję bogatych do biednych nie do końca mi wyszedł.
Pan jest jakiś dziwny, czyli Internet w Excelu i jedno hasło. Po dwóch latach od jego napisania lista moich dziwnych rzeczy raczej się wydłużyła :)
Oduczamy się szkoły, czytamy najważniejsze słowa Buffetta oraz zaglądamy do świata Web3. W szkole i u Buffetta nie zmieniło się za wiele, a w Web3 tak dużo, że starczy na kilka artykułów. To wydanie znajdziesz na stronie 251 w 52Notatki Sezon 1 (teksty z pierwszego roku są niedostępne online, bo Elon Musk mi je skasował. Serio).
Każde wydanie 52Notatek musi spełniać kilka warunków, zanim je opublikuję. Jeden z nich to ponadczasowość - moje artykuły muszą być użyteczne przez lata. Możesz sprawdzić czy mi się to udało, czytając wymienione wyżej archiwalne teksty. A jeśli chcesz je mieć w domowej bibliotece, to możesz je kupić w formie książki lub ebooka. Po szczegóły zapraszam tutaj:

A tak prywatnie…
Wreszcie udało mi się obejrzeć film F1. Jeśli podobał się Wam film Ford vs Ferrari to tu też będziecie się dobrze bawić.
Dla mnie najlepsza część filmu to pierwsze 6 minut. Brad Pitt ściga się tam po torze Daytona siedząc za kierownicą Porsche 911 GT3 R. Oczywiście wygrywa go w iście hollywoodzkim stylu, startując z miejsca daleko poza podium i nonszalancko wyprzedzając każdego.
Ten typ wyścigów jest mi dużo bliższy niż Formuła 1, która nigdy do mnie nie przemawiała. Może dlatego, że ich zawody wyglądają jak wyścigi statków kosmicznych, w których udział jest zarezerwowany dla superbogatych półbogów. A ściganie się za kółkiem sportowego Porsche jest w zasięgu zwykłego śmiertelnika takiego jak ja. Mialem okazję pojeździć trochę amatorsko po torach w Polsce, oczywiście nie takim potworem jak GT3, a i tak wrażenia są tego warte.
Ale wróćmy do filmu - na koniec tego pierwszego wyścigu Brad Pitt opuszcza tor nie biorąc ze sobą pucharu ani nagrody. Jest nią zegarek i Brad odpowiada, że “ma już swój”. Wprawdzie nie jest to tam pokazane, ale tym zegarkiem jest Rolex Daytona, czyli jeden z najważniejszych sportowych chronografów na świecie. Ta scena to subtelna zaczepka ze strony IWC, marki, która jest oficjalnym sponsorem filmu. To ich zegarek ma Brad Pitt, dokładnie model Ingenieur.
Podoba mi się, że Brad nosi go prawie cały czas. I tak właśnie powinno się je traktować, a nie trzymać w pudełku na specjalne okazje. Stalowy zegarek, zwłaszcza z szafirowym szkłem, naprawdę trudno jest uszkodzić.
Promowany w filmie Ingenieur to ciekawy model. Już fakt, że został zaprojektowany przez Géralda Gentę mówi sam za siebie. To legenda świata zegarków, twórca Royal Oak od Audemars Piguet i Nautilusa od Patek Philippe. Ingenieur od początku miał być tool watchem, czyli trwałym i wytrzymałym czasomierzem do noszenia w niesprzyjających warunkach, a nie tylko w biurze pod mankietem białej koszuli. Tu jest krótki film, który ciekawie opowiada o jego powstaniu i o tym dlaczego na początku został chłodno przyjęty:
Ten przytyk IWC do Rolexa jest bardzo subtelny, bez porównania do tego, co zrobiła Omega w filmie Casino Royal. Jest tam scena w pociągu, gdy Vesper wprost pyta Jamesa Bonda czy to Rolex. On zaprzecza, mówiąc “Omega”, a w odpowiedzi słyszy “piękna”. W pierwszych filmach o Bondzie, jeszcze tych granych przez Seana Connery’ego, agent specjalny nosił Rolexy, głównie Submarinery. Od połowy lat 90. do dziś Omega ma wyłączność, co bardzo pomogło tej marce w zyskaniu na popularności.
Niemniej, gdybym był na miejscu Brada Pitta to brałbym od razu tę Daytonę :) Choć nie wiem, czy chciałbym nosić na co dzień zegarek za ponad 100 tysięcy złotych.
🤫



