Lęk o status, czyli jak użyć zazdrości, aby być lepszym i idealny czas na Maderę
Wykrywacz metalu
W tym wydaniu przekonuję się, że muszę być kowalem swojego losu i znajduję sposób jak wykorzystać moją zazdrość. Piszę też dlaczego warto pojechać na Maderę i dlaczego nie lubimy naszych rodaków na wakacjach. Ruszajmy!
Lęk o status, czyli jak użyć zazdrości, aby być lepszym
Alain de Botton to współczesny filozof skupiający się na codziennym życiu i emocjom, jakie mu towarzyszą. Napisał kilkanaście książek i założył School of Life, czyli – organizację edukacyjną w obszarze inteligencji emocjonalnej.
Alain ma ciekawe spojrzenie na świat, z którym ja bardzo często się nie zgadzam. Pomimo że mocno różnimy się w interpretacji świata, to lubię czytać jego treści. Ostatnio sięgnąłem po jego książkę “Status Anxiety” (w polskim wydaniu Lęk o status), która trafnie opisuje nasze czasy, mimo że została napisana w 2012 roku.
Autor definiuje tytułowy „lęk o status” jako głęboki i często nieświadomy strach przed utratą szacunku i uznania w oczach innych. Chodzi tu nie tylko o posiadany majątek czy wykonywany zawód, ale też o to czy jesteśmy postrzegani jako “ktoś istotny”.
Oto kilka wniosków, które wyciągnąłem z lektury tej książki:
“Lęk o status” towarzyszy każdemu, bez względu na pozycję
Jeszcze jeden awans, jeszcze jeden tytuł naukowy i jeszcze jeden milion - może nam się wydawać, że gdy wejdziemy poziom wyżej w życiu, to nasze lęki na zawsze odejdą. I że wielu rzeczy już nie będziemy musieli robić. To nie jest prawda, bo “lęk o status” jest obecny na każdym poziomie oprócz tego zerowego, gdzie po prostu nie mamy nic do stracenia.
Za każdym razem, gdy wszystkie nasze obawy zostaną rozwiane, to pojawią się nowe. Wyższe stanowisko oznacza większą odpowiedzialność. Więcej pieniędzy rozwiązuje tylko te problemy, które dotyczą rzeczy materialnych. Ten proces nie ma końca.
Co ciekawe Alain uważa, że to…
Demokracja wszystko zepsuła
Kilka wieków temu wszystko było jasne i proste. Jak się urodziłeś szlachcicem to automatycznie zostawałeś kimś ważnym. A jeśli byłeś chłopem, to wisiałeś na końcu łańcucha pokarmowego ówczesnego społeczeństwa. Przez wieki bieda była nieuleczalną chorobą przenoszoną drogą płciową.
W obecnych czasach, gdy upadły stare podziały i wszyscy z definicji jesteśmy równi, sprawa się skomplikowała. I to potrójnie:
Raz, że na swój statut trzeba zapracować i trudno jest go odziedziczyć. Nawet jeśli urodzimy się w bogatej rodzinie, to i tak musimy udowodnić przed społeczeństwem, że jesteśmy warci coś więcej niż pieniądze naszych rodziców.
Dwa, że status trzeba potrafić sygnalizować. Kiedyś posiadało się pałace, zbrojne orszaki i wytworne stroje. Dziś wiele tych rzeczy można kupić na kredyt lub wypożyczyć. A na Instagramie to już każdy nauczył się udawać, że ma super życie.
Trzeci powód jest najciekawszy. Skoro dziś powszechnie deklarujemy równość wszystkich ludzi, to rośnie presja, aby „czegoś dokonać”. Bo skoro wszyscy mamy szanse osiągnąć w życiu sukces, to jego brak oznacza porażkę, która jest wyłącznie naszą winą.
Ten ostatni punkt zasługuje, aby go rozwinąć, bo oznacza…
Koniec z obwinianiem losu
Kilka wieków temu nasze życiowe porażki łatwo można było przypisać losowi. I było w tym sporo racji. Bo jeśli ktoś miał pecha i urodził się na wsi w 1670 roku, to trudno mu było cokolwiek zmienić, a za sukces uznawano po prostu jak najdłuższe życie.
Obecnie te podziały praktycznie nie istnieją. Oczywiście nadal jest różnica czy mieszkasz w małym mieście czy w stolicy kraju, ale większości barier już nie ma. Dużo łatwiej jest się przeprowadzić, zdobyć zawód, dostać do dobrej uczelni czy obrać ścieżkę kariery zupełnie inną od naszej rodziny. Wszyscy mamy dostęp do Internetu, tej samej wiedzy i wiadomości. W pracy czy na uczelni nikt nie spyta z jakiego rodu pochodzimy ani kim byli nasi przodkowie.
I to tu na scenę wchodzi największe źródło “lęku o status“: porażka przestała być postrzegana jako wina zewnętrznych czynników.
Teraz uważa się ją za efekt braku działania, charakteru czy po prostu chęci do pracy. Z każdej strony dostajemy informacje, że ktoś taki jak my (to bardzo ważne!) zrobił coś niesamowitego, zdobył sławę i zarobił na tym masę pieniędzy. Bo jakiś nastolatek stworzył prostą aplikację do liczenia kalorii ze zdjęć i teraz codziennie zarabia na tym tysiące. Albo jakaś dziewczyna z TikToka zanuciła melodyjkę, która trafiła potem do reklamy DrPeppera i w miesiąc stała się milionerką.
Myślimy sobie, że przecież my też moglibyśmy zrobić dokładnie to samo. Dowiadujemy się, że przegraliśmy w wyścigu, w którym nawet nie wiedzieliśmy, że bierzemy udział. Bo skoro wydaje nam się, że inni mają lepiej, to my też…
Chcemy wszystkiego, co podobni do nas
Dziś przeciętnemu człowiekowi wydaje się, że powinien mieć wszystko: piękny dom, ambitną i dobrze płatną pracę, wysportowaną sylwetkę, mądre dzieci i pięknego partnera. Inni ludzie ciągle gdzieś podróżują, jedzą w super restauracjach i co chwilę zmieniają samochody - i my też tak chcemy.
A gdy nasza własna rzeczywistość okazuje się inna, to czujemy frustrację i wstyd. Ponownie pojawia się u nas tytułowy “lęk o status” i szukamy usprawiedliwienia sami przed sobą. Albo kogoś, na kogo można zrzucić winę za to, że tak nie jest.
Zazdrościmy tylko tym ludziom, którzy są podobni do nas. Bill Gates czy Taylor Swift mogą zarobić kolejne miliony i nikogo to nie ruszy. Ale sytuacja się zmienia, gdy powiedzie się komuś, kogo znamy ze szkoły, podwórka czy z pracy. Czujemy wtedy zazdrość, nawet jeśli są to obce osoby, ale mamy z nimi coś wspólnego.
Ten sam mechanizm działa, gdy lecimy za granicę na wakacje i nagle na ulicy słyszymy nasz ojczysty język. Kompletnie nam nie przeszkadza niemiecki, chiński czy angielski. Ale słysząc język polski automatycznie jesteśmy zaskoczeni. Jak to - to my nie jesteśmy jedynymi Polakami tutaj?
To absurdalne uczucie, którego doświadczają zwłaszcza osoby, które mało podróżują. Trudno się przecież dziwić, że ktoś jeszcze spośród 38 milionów naszych rodaków wpadł na ten sam pomysł, aby polecieć na wakacje poza Polskę. A mimo to pojawi się wtedy uczucie zazdrości i wcale nie dotyczy tylko naszej narodowości. Po Internecie krążą memy i dowcipy na temat ludzi z Zachodu, którzy przylatują do Azji i wydaje im się, że są wyjątkowi - a nie tacy jak inni turyści. Akurat :)
Dlaczego tak się dzieje? Bo uruchamia się mechanizm, o którym wspomniałem wyżej: zazdrościmy tylko tym osobom, które są takie jak my. Są z tego samego państwa, są w tym samym wieku czy wykonują ten sam zawód. Jest takie gorzkie powiedzenie, że niewiele sukcesów jest bardziej nie do zniesienia niż sukcesy naszych bliskich przyjaciół.
Pora przejść do najciekawszej części tego wydania, czyli konkretnych działań. Bo pewnie tak jak ja, zastanawiacie się…
Jak sobie z tym radzić?
Czy da się w ogóle wykorzystać zazdrość w jakiś pozytywny sposób? Przecież to jeden z siedmiu grzechów głównych, których powtarzanie prowadzi tylko do naszej zguby. Alain de Botton proponuje bardzo ciekawe podejście do zazdrości. Jego zdaniem można jej użyć jak… wykrywacza metalu.
Według niego nasza osobowości jest podzielona na różne elementy, a naszym zadaniem jest je odnaleźć i poskładać w całość. Problem w tym, że rzadko kiedy wiemy kim dokładnie chcemy być, więc nie każdy znaleziony element będzie do nas pasował. Musimy więc zrobić to, co mówili starożytni Grecy, czyli temet nosce, “poznać samego siebie”. Próbować nowych rzeczy, odwiedzać różne miejsca i sprawdzać, gdzie i w czym czujemy się najlepiej.
Alain uważa, że może nam w tym pomóc zazdrość. Powinniśmy ją potraktować jak sygnał z wykrywacza metalu, który nagle piszczy i zwraca na siebie naszą uwagę. Jego zdaniem to czego zazdrościmy innym, to są te fragmenty naszej docelowej osobowości. Podświadomie czujemy, że my też powinniśmy coś takiego robić, być tym kimś albo tak wyglądać. U kogoś może to być tytuł zawodowy, pewność siebie w wystąpieniach publicznych, wysportowana sylwetka, dużo przeczytanych książek czy kochająca rodzina. W teorii to są rzeczy, których pragnie każdy - ale nie zawsze czujemy zazdrość, gdy inni je mają. Chodzi o wychwycenie tych wyraźnych ukłuć, które pojawiają się tylko w specyficznych przypadkach.
To bardzo ciekawe podejście i zacząłem je stosować w swoim życiu. Teraz zwracam większą uwagę na trzy rzeczy:
co wzbudza moją zazdrość - czy to są specyficzne rzeczy, które stale się powtarzają, czy może tylko pojedyncze odczucia w stylu byłoby fajnie, o których szybko zapominam.
komu czegoś zazdroszczę - to szczególnie ważne, bo możliwe, że chcę czegoś tylko dlatego, że ma to ktoś podobny do mnie (np. awansu, samochodu, egzotycznych wakacji). Czyli to nie mój wykrywacz metalu piszczy, tylko cudzy :)
oraz co totalnie nie zwraca mojej uwagi. To cenny sygnał, bo mówi mi, że nie tędy wiedzie moja droga.
Moim zdaniem takie konstruktywne podejście do zazdrości jest znacznie lepsze niż jej wyparcie czy próbowanie duszenia w sobie. Wymaga jednak sporej dawki uważności, czyli pilnowania samego siebie i zbudowania inteligencji emocjonalnej.

W tym punkcie chciałbym zwrócić szczególną uwagę na niebezpieczną pułapkę, w którą sam zbyt często wpadałem w przeszłości. Aby jej uniknąć powinniśmy:
Odciąć naszej zazdrości drogę ucieczki
Czyli nie pozwolić sobie na to, aby nienawidzić rzeczy, których komuś zazdrościmy. Tę koncepcję sformułował inny brytyjski filozof, Isaiah Berlin:
“Czasem, gdy droga do spełnienia zostaje z jakiegoś powodu zablokowana, ludzie wycofują się w głąb siebie. Skupiają się na swoim wnętrzu i próbują stworzyć w umyśle świat, którego im odmówiono.
Wychodzą z założenia, że jeśli nie mogą uzyskać tego, czego naprawdę pragną, to muszą nauczyć się tego nie chcieć. To wycofanie do swego rodzaju wewnętrznej cytadeli”.
A to trzy przykłady z życia wzięte, które ułatwiają zrozumienie działania wewnętrznej cytadeli:
Zazdrościsz komuś, że ma duże mieszkanie i weekendowy domek nad morzem. Sam też chciałbyś móc jeździć nad wodę z rodziną, ale z różnych powodów dotąd nie udało Ci się go kupić. Zaczynasz więc krytykować tych, co mają więcej niż jedną nieruchomość i kibicować nowym podatkom. Bo skoro Ty nie możesz mieć jakiejś rzeczy, to inni też nie powinni.
Zazdrościsz komuś kariery zawodowej. Jest dyrektorem w zagranicznej firmie, ma służbowe auto i stabilną pensję. Zamiast spróbować iść w tym samym kierunku, zaczynasz z niego drwić. Wyśmiewasz pracę na etacie, umniejszasz sukcesy zawodowe ludzi z korporacji i nabijasz się z owocowych czwartków.
Zazdrościsz komuś szczupłego i sportowego wyglądu. Gdy sam nie jesteś w stanie go osiągnąć, to zaczynasz atakować tych, którym się to udało. Bagatelizujesz ich wysiłki i zakładasz, że w jakiś sposób oszukują, mają dobre geny, są próżni, etc. A w skrajnym przypadku próbujesz narzucić innym koncepcję, że zamiast nad sobą pracować, to powinni się bezkrytycznie akceptować.
Już kiedyś na łamach 52Notatki wspominałem o koncepcie wewnętrznej cytadeli. Dopiero niedawno zauważyłem wyraźne powiązanie z zazdrością i lękiem o status. To właśnie przez nie tak łatwo jest się zamknąć w wewnętrznej cytadeli. Daje nam ona poczucie bezpieczeństwa i bycia niezwyciężonym. I słusznie, bo przecież nie mamy już nic do stracenia.
Problem w tym, że nie możemy też nic wygrać. Bo co nam to da, że inni przegrają w grę, której my nienawidzimy?
Następne kroki:
Moim zdaniem czeka nas nowa fala lęku o status, którą wywoła rozwój AI. Będziemy się bać, że stracimy pracę i staniemy się bezużyteczni. I to nie przez innego człowieka, ale przez technologię. Warto się na to przygotować.
Zwróć uwagę na to, kiedy Twój “wykrywacz metalu” piszczy. Może zamiast go zagłuszać, to lepiej będzie potraktować zazdrość jak sygnał do zmian, których potrzebujemy?
Nie daj się zamknąć do wewnętrznej cytadeli, bo to oznacza gwarancję przegranej.
Nie sądzę, abym miał coś, czego ktoś mógłby mi szczególnie zazdrościć. Ale jeśli przykładowo uważasz, że też mógłbyś pisać taki newsletter jak ja, to w pełni się z Tobą zgadzam :) I nawet chętnie Ci w tym pomogę, bo napisałem o tym poradnik:
Madera - najlepszy kierunek na polską zimę
20 stopni ciepła, lekka bryza od wody i słońce na niebie od 8:00 do 19:00… czy w lutym można mieć lepsze warunki pogodowe? Takie właśnie panują teraz na Maderze i moim zdaniem to najlepszy kierunek w Europie, gdy chcemy odpocząć od polskiej zimy.
Dwa lata temu spędziłem tu blisko trzy zimowe miesiące, co było moim resetem po 15 latach pracy na etacie. Właśnie wróciłem z rodziną na Maderę, ale tym razem już tylko na 2 tygodnie. W tym roku mój syn zakończył edukację domową i poszedł do szkoły, więc ograniczają nas terminy ferii zimowych. Z tego powodu musiałem pozmieniać nasze kilkuletnie długoterminowe plany podróżnicze, ale o tym napiszę przy innej okazji.
Dlaczego Madera to najlepszy zimowy kierunek? Kilka powodów:
Stabilna pogoda - w zimowych miesiącach panuje tu ciepła wiosna, a nawet jeśli pada, to są to przelotne deszcze.
Blisko Polski - lot trwa około 5 godzin, co nie jest krótko, ale w porównaniu do Tajlandii czy innych azjatyckich destynacji różnica jest ogromna. Nie tracimy 12h w podróży, a potem kolejnego dnia na odsypianie jetlagu.
Szeroka baza noclegowa - od Ritza i Savoya, po domy na wynajem i apartamenty. My przestawiliśmy się z hoteli na mieszkania z Airbnb z racji wieku naszego syna. Już nie mieści się na dostawkach, więc szukamy lokali z dwoma pokojami. Jeśli też będziecie nocować w Funchal to polecam lokalizacje jak najbliżej portu i linii brzegowej, dalej jest znacznie wyżej co utrudnia życie na codzień.
Przekrój atrakcji - urlop na Maderze możesz spędzić chodząc po górach, leżąc na plaży, nabijając tysiące kroków po mieście i nadmorskich promenadach albo bawiąc się w hotelowych kurortach czy lokalnych knajpach. Dla każdego coś dobrego.
Jesteś w Unii Europejskiej - internet w telefonie działa od razu, rozliczenia są w Euro, łatwo honorowane jest nasze ubezpieczenie, brak jest jakichś egzotycznych chorób czy konieczności szczepień. To niby drobiazgi, ale pamiętam, że jak rok temu jeździliśmy po Azji, to było z tym sporo roboty. A tu jest po prostu wygodniej.
Cenowo jest podobnie jak w Polsce, jeśli chodzi o restauracje czy jedzenie w marketach. Hotele są teraz nawet tańsze, bo to nie jest ich wysoki sezon.
I najważniejsze: najlepsze pastele de nata są na Maderze :)
Na Maderze z łatwością usłyszymy język polski, co mi się bardzo podoba. Polacy to dużo mądrzejszy naród niż próbują nam wmówić media. Madera od lat cieszy się naszą popularnością, już Józef Piłsudski latał tu na wakacje w latach 30. ubiegłego wieku. Jest dużo blogów opisujących zalety i atrakcje tej wyspy, działa też tu sporo polskich operatorów wycieczek.
Wielu naszych rodaków kupiło na tej wyspie nieruchomości - i bardzo słusznie. Skończyły się czasy, że w ciepłych krajach mieszkają tylko niemieccy emeryci.
Polecam - warto tu przylecieć, zwłaszcza gdy w Polsce panuje zima.
52Wydania temu
To stała sekcja, w której przypominam wydania 52Notatki, które opublikowałem równo rok, dwa, trzy i cztery lata temu. Wpadłem na ten pomysł pisząc swój dziennik 5-letni, w którym widzę ten sam dzień na kilka lat do tyłu - i dużo na tym korzystam.
Zużyłem już 99% mojego szczęścia - wydanie równo sprzed roku, piszę w nim jak pobyt w Tajlandii zmienił postrzeganie mojego życia. Ten wylot to była dobra decyzja, ale wątpię, abym tam wrócił.
Keto dieta informacyjna, czyli jak i po co budować wiedzę - to wydanie też powstało na Maderze, ale dwa lata temu :) Nadal jestem na diecie informacyjnej i to coraz bardziej restrykcyjnej.
Jak wygrywać w życiu, czyli teoria gier w praktyce (cz. 1) - to dobry tekst, ma też drugą część, ale aż się prosi, abym po 3 latach napisał jeszcze jedną.
Inwestujemy w sztangę, jak walczyć z prokrastynacją i jedna prosta idea - zauważyłem, że w pierwszym roku pisania tego newslettera poruszałem ważne tematy, ale jeszcze nie miałem odwagi ich tak głęboko rozwiercać jak teraz.
Zazwyczaj w tym punkcie przypominam, że 52Notatki można też czytać wygodnie w formie książki wzbogaconej o dodatkowe materiały bonusowe. Ale obecnie nie można, bo wszystkie się wyprzedały. Jak tylko wrócę z Madery, to zabieram się do pracy nad dodrukiem i Sezonem 4.
A tak prywatnie…
Na zdjęciu powyżej widać mnie jak piszę to wydanie. Od razu się przyznaję, że zdjęcie jest pozowane, bo normalnie siedzę przodem do okna, a nie tyłem :) Generalnie lubię mieć dobry widok, gdy pracuję na komputerze, a już stanowczo nie cierpię siedzieć przodem do siany.
Obecnie mieszkamy w Funchal, gdzie znaleźliśmy 3 pokojowy apartament z tak dobrym widokiem, że mógłbym tu przesiadywać przez większość dnia :) Widać z niego wschody słońca, ludzi biegających wzdłuż promenady i port, w którym panuje duży ruch i codziennie przypływają nowe wycieczkowce. A w ten weekend przejdzie tu parada z okazji karnawału.
Ja zamiast siedzieć na spokojnie i patrzeć, to oczywiście robię po 20 tysięcy kroków codziennie, bo jak urlop, to trzeba dużo chodzić :) Po więcej zdjęć i wideo z Madery zapraszam na moje relacje na Instagamie 52Notatki.
Post scriptum: Osoby, które czytają 52Notatki w formie maila mają dostęp do dłuższej treści. Przykładowo dziś proponuję jedno trudne ćwiczenie dotyczące zazdrości, które sam u siebie wykonałem. Jeśli nie chcesz, aby ta część ominęła Cię za tydzień, to zapisz się poniżej:
🤫





