Jak odzyskać zaufanie do siebie
Zwalniam się
W tym wydaniu piszę o tym, który zawsze słucha. Ruszajmy!
Zwalniam się, czyli jak odzyskać zaufanie do siebie
Mam takiego kolegę, który za często odwołuje spotkania. Nawet gdy się umawia z dużym wyprzedzeniem, to potem i tak w ostatniej chwili przychodzi z jakąś wymówką. Pisze, że zapomniał o rodzinnej imprezie albo że żona znalazła mu jakieś pilne zajęcie (taaa, akurat). Ale jakby co, to następnym razem bardzo chętnie się spotka.
To odwoływanie szczególnie mnie irytuje, bo zazwyczaj spotykamy się razem z naszymi dziećmi. Więc teraz ja muszę dzień wcześniej tłumaczyć swojemu synowi, że jutro nie zobaczy się z kolegami i brać na siebie jego rozczarowanie. Dlatego w końcu przestałem zapraszać tego kolegę na wspólne wyjazdy. Po prostu z góry zakładam, że znowu wszystko odwoła w ostatniej chwili i to z błahego powodu.
Ten, który zawsze słucha
Teraz odbiję piłkę do siebie: kilka razy też coś sobie obiecywałem, a potem nie dotrzymywałem słowa. Że nie będę dziś już zaglądał do Internetu, że zjem tylko jedną kostkę czekolady, że skończę tę prezentację wieczorem albo że jutro wstanę wcześniej. Mój standardowy popis to spisanie wszystkich rzeczy, które muszę zrobić w danym dniu, a następnie zajęcie się sprawami, których w ogóle nie ma na liście. I sam też często znajduję na to błahe wymówki albo po prostu ignoruję to, że wcześniej deklarowałem sobie coś zupełnie innego.
To szkodliwe zachowanie, bo w ten sposób tracimy zaufanie sami do siebie. Nasz mózg słucha wszystkiego cały czas i stopniowo dokonuje korekty kursu naszej osobowości. Efekt jest taki, że z czasem z góry odpuszczamy sobie nowe wyzwania, bo podświadomie wiemy, że nie damy im rady. Trochę tak, jak ja z tym kolegą, którego od razu skreślam, już nawet bez pytania czy w ogóle da radę być.
Dlatego tak ważne jest dotrzymywanie słowa danego samemu sobie. Mi bardzo w tym pomogło pozbycie się części samego siebie, która mnie sabotuje. Już tłumaczę o co w tym chodzi, ale najpierw musimy poznać pewnego multimiliardera.
Nie umrzyj
Bryan Johnson to jeden z tych amerykańskich miliarderów, który dorobił się na sprzedaży swojego technologicznego biznesu. Jednak zamiast zrobić to, co wielu jego kolegów po fachu, czyli kupować kolejne domy, łodzie i samochody, a potem mówić, że pieniądze szczęścia nie dają, Bryan postanowił nie umrzeć.
Dosłownie - od kilku lat wydaje absurdalne pieniądze, rzędu kilku milionów dolarów rocznie, na to, aby opóźnić swoje starzenie. Wykonuje setki testów, jest pod opieką sztabu lekarzy i próbuje na sobie różnych terapii. Nie jest na nic chory - po prostu chce żyć jak najdłużej.
Jego osoba wzbudza wiele emocji, a Bryan jest dobry w marketing. Wie, że nudne odkrycia w stylu jedz mniej i śpij więcej nikogo nie zainteresują. Dlatego sięga po szereg nietypowych i kontrowersyjnych praktyk zdrowotnych, o których otwarcie mówi w mediach. Netflix nakręcił dokument na jako temat, dużo też się dzieje na jego kanale na YouTubie. Osobiście bardzo mu kibicuję i myślę, że potrzebujemy więcej osób, które będą testować coś na sobie, zanim zaczną to sprzedawać innym. Szczególnie jeśli dotyczy to zdrowia i zyskującego na popularności longevity.

Tylko co to ma wspólnego z tematem tego artykułu i zaufaniem do samego siebie? Bardzo dużo, bo te eksperymenty Bryana wymagają od niego silnej woli i żelaznej konsekwencji. Zwłaszcza że ciągle ma nad sobą pokusę ciekawszego wydawania swoich milionów niż na transfuzję osocza krwi, mikronakłuwanie skóry czy trzymanie postu od 11 rano.
Multi ja
Czasem mam wrażenie, że równolegle istnieje kilka wersji mnie samego, które konkurują ze sobą nawzajem. Co gorsza, ich cele mogą być ze sobą sprzeczne i zmieniać się w miarę upływu dnia.
Jest wersja mnie, która chce wstać wcześnie rano, być produktywnym, poćwiczyć i pilnować diety przez resztę dnia. Ale jest też taka, która chce pooglądać wieczorem coś w Internecie, zjeść dużo i siedzieć do późna w nocy. Działania tej drugiej są w oczywisty sposób szkodliwe dla pierwszej.
Kto w danym momencie sprawuje kontrolę nad nami? Zależy to od różnych czynników, z których w moim przypadku najważniejszym jest poziom zmęczenia. Wyraźnie obniża ono siłę woli, tak samo jak alkohol i presja otoczenia, ale te dwa wyeliminowałem u siebie już do granic możliwości. Dobrym sposobem na ułatwienie życia preferowanej wersji nas samych jest usuwanie przeszkód z jej drogi. Ergonomiczne biurko, dobre słuchawki, szybki laptop, wygodne krzesło pozwoli nam szybciej wejść w tryb pracy i długo w nim pozostać. Tak samo jak lodówka pełna zdrowych produktów czy z góry opłacony karnet na siłownię ułatwią nam dbanie o nasze zdrowie i kondycję. Na mnie dobrze działa też presja czasu, że jeśli nie zrobię czegoś w danym okresie, to nie wolno mi potem do tego wracać.
Zwalniam się
Bryan Johnson postawił na bardziej bezwzględny sposób walki ze swoimi słabościami. Zauważył, że najwięcej szkód robi “Wieczorny Bryan”, którego… zwolnił. Odebrał mu (czyli sobie) prawo do decydowania o takich rzeczach jak co i ile będzie jadł albo o której położy się spać.
Tak to opisał na swoim blogu:
“Zachowanie Wieczornego Bryana miało druzgocący wpływ na pozostałych Bryanów. Nadmierne nocne jedzenie sprawiało, że jakościowy sen był prawie niemożliwy dla Nocnego Bryana (od 22:00 do 6:00), co z kolei powodowało, że Poranny Bryan (od 6:00 do 12:00) był bardzo niezadowolony, ponieważ stale czuł się zmęczony, drażliwy i nieprzygotowany na wyzwania życia. Krótko mówiąc, Wieczorny Bryan sprawiał, że życie wszystkich Bryanów było koszmarem.
Dlatego zwolniłem Wieczornego Bryana z jego zmiany, odbierając mu władzę nad decyzjami dotyczącymi jedzenia. Teraz, niezależnie od sytuacji, tylko Poranny Bryan może decydować, kiedy, co i ile jeść. Wyniki były spektakularne; kilkadziesiąt kilogramów wagi mniej i rekordowe poziomy zmierzonego zdrowia i samopoczucia”.
To może być dziwne co on pisze, ale zaufaj mi - warto doczytać do końca:
Na niedawnym spotkaniu wszystkich Bryanów każdy podzielił się swoimi doświadczeniami związanymi z tą nową niekonwencjonalną rutyną. Wprawdzie Wieczorny Bryan często narzeka na głód i społeczne niezręczności związane z niejedzeniem na kolacji z rodziną i przyjaciółmi, ale za to wszyscy czują teraz ulgę. Nocny Bryan śpi spokojnie przez całą noc, a Poranny Bryan jest wypoczęty i bystry, gotowy stawić czoła wyzwaniom dnia.
Dlaczego zajęło mi to tak długo, aby to dostrzec? Częściowo dlatego, że nasze uprzedzenia i martwe punkty pozostają dla nas niewidoczne. Nie mamy żadnego “monitora aktywności” dla mózgu, który mówiłby nam, które myśli, pragnienia czy uprzedzenia utrudniają nam podejmowanie decyzji.
Takie podejście może brzmieć abstrakcyjnie, ale jest logiczne i co najważniejsze skuteczne. Przecież każdy z nas chce się trzymać swoich własnych postanowień. Dlatego te proste zasady działają:
dzień wcześniej ustalam, co będę jutro jadł i potem przez 24h nie mogę tego zmieniać,
w pierwszej kolejności robię rzeczy z listy zadań, bo wszystko inne jest mniej ważne,
jestem ostrożny w ustalaniu nowych celów, jeśli wykluczają one to, co wcześniej już zaplanowałem,
wstaję już po pierwszym dźwięku budzika, bo przecież z jakiegoś powodu go wczoraj ustawiłem na daną godzinę.
Dodatkowo dopowiem, że u mnie w temacie diety doskonale sprawdza się post przerywany. Dzięki temu, że odgórnie zakazałem sobie jedzenia po godzinie 18, to “Wieczorny Przemek“, który zawsze chętnie by coś zjadł, nic nie może z tym zrobić. A następnego dnia jestem zadowolony z takiego układu i kontynuuję go kolejny raz. W ten sposób umacniam swoje zaufanie do samego siebie, przez co mogę dodawać sobie kolejne wyzwania, zamiast podświadomie ich unikać.

Następne kroki:
Jeśli widzisz u siebie powtarzający się wzorzec osobowości, który Cię sabotuje, to spróbuj ograniczyć jego moc decyzyjną. Najprostszy model mentalny polega na niezmienianiu wczorajszych decyzji pod wpływem dzisiejszego nastroju. Możesz się z nich wycofać - ale dopiero jutro.
I na odwrót - pomagaj sam sobie w tych zadaniach, które wiesz, że wymagają dużo wysiłku do ich wykonania. Dbaj o to, aby nic drobnego Ci nie przeszkodziło.
Dotrzymuj swojego słowa i nigdy nie mów źle o sobie. To jak traktujesz sam siebie ma wpływ na Twój własny obraz oraz jak postrzegasz swoją rzeczywistość.
Podoba mi się, że Bryan Johnson dzieli się otwarcie i na bieżąco wiedzą i nie robi sekretów ze swoich odkryć. Warto zajrzeć na jego stronę protocol.bryanjohnson.com
Jeśli jesteś facetem i nie chcesz się z kimś spotkać, to nie zwalaj winy na żonę.
52Wydania temu
To stała sekcja, w której przypominam wydania 52Notatki, które opublikowałem równo rok, dwa i trzy lata temu. Wpadłem na ten pomysł pisząc swój dziennik 5-letni, w którym widzę ten sam dzień na kilka lat do tyłu - i coraz więcej na tym korzystam.
Lis czy Jeż: jak znaleźć to, na czym warto się skupić? “Lis wie wiele rzeczy, ale jeż zna jedną wielką rzecz”. To wydanie pomogło mi sporo sobie poukładać w życiu. Niemniej nadal drążę ten temat, tylko pod zupełnie innym kątem, co widać było ostatnio na przykładzie Alicji w Krainie Czarów.
Jak wykonywać wspaniałą pracę? Ten artykuł opublikowałem równo 2 lata temu, czyli zaraz po tym, jak odszedłem z etatu w finansach. Postanowiłem sobie wtedy, że nie zamienię pracy w przysłowiowym McDonaldzie na Burger King, czyli nie pójdę robić podobnych rzeczy, ale w innej firmie. Mimo że moja kariera dobrze się wtedy rozwijała, to chciałem radykalnych zmian w życiu zawodowym. Ten artykuł jeszcze długo będzie aktualny.
Sposób na wygranie Internetu, społeczność zamiast tłumu i własna rada nadzorcza. To wydanie ma 3 lata i bardzo dobrze mi się je teraz czyta, bo widzę, że zrobiłem dokładnie to, co tam deklarowałem. Znajdziesz je na stronie 277 w Sezonie 1. Niestety z przyczyn technicznych artykuły z pierwszego roku nie są już dostępne online.
Każde wydanie 52Notatek musi spełniać kilka warunków, zanim je opublikuję. Jeden z nich to ponadczasowość - moje artykuły muszą być użyteczne przez lata. Możesz sprawdzić czy mi się to udało, czytając wymienione wyżej archiwalne teksty. A jeśli chcesz je mieć w domowej bibliotece, to możesz je kupić w formie książki lub ebooka. Po szczegóły zapraszam tutaj:
A tak prywatnie…
Gdy w zeszłym roku przez kilka miesięcy mieszkaliśmy na Maderze, to z czasem mój syn coraz śmielej wychodził sam z domu. Dzięki temu budował pewność siebie. Ważna rzecz dla każdego 11-latka.
Aby dać mu pretekst do wyjścia, wymyślałem mu różne zadania. Prosiłem o zrobienie zdjęcia rozkładu jazdy autobusów albo aby rzucił okiem czy są dziś duże fale czy małe. Później poziom trudności wzrósł, bo zaczął sam robić zakupy w Pingo Doce (portugalska Biedronka). Ja wtedy czekałem pod sklepem, a z czasem chodził tam sam z domu. To nie było daleko, a my mieszkaliśmy w małym miasteczku o zerowej przestępczości. Niemniej dla młodego chłopaka w obcym państwie to była duża rzecz.
Zawsze przed wyjściem przypominałem mu, że ma być ostrożny i wymieniałem rzeczy, których nie może robić. Uważaj, przechodząc przez ulicę, nie wchodź sam do wody, nie zaczepiaj cudzych psów, unikaj podejrzanych zaułków, nie zgub się i tym podobne.
Na początku słuchał mnie bardzo uważnie. Ale z czasem, gdy nabrał pewności siebie, tylko mi przytakiwał zniecierpliwiony mówiąc tata wiem, wiem. Widząc to, w pewnym momencie zacząłem mu mówić tylko jedną rzecz przed wyjściem z domu: pamiętaj, nie umrzyj. Niby na żarty, ale jednak na poważnie.
Dzięki temu czuł odpowiedzialność i wiedział, że sam musi wyłapywać potencjalne niebezpieczne sytuacje. To do niego należała ocena czy dane okoliczności mogą mu zaszkodzić i jeśli tak, to jak powinien ich uniknąć. A nie tylko polegać na tym, że ja przewidzę każdy scenariusz i go przed nim ostrzegę. To się nazywa samodzielność, dzieci jej potrzebują, ale rodzice często panicznie boją się im ją dać.
Do dziś czasem mówimy do siebie nawzajem “nie umrzyj“, gdy któryś z nas wychodzi sam z domu, zwłaszcza gdzieś w nowe miejsce. I choć brzmi to już trochę jak żart, to nadal traktujemy to na poważnie.
Post scriptum: Zacząłem się teraz zastanawiać, jak daleko odchodziłem od domu, gdy byłem w wieku mojego syna. Sprawdziłem to w Google Maps, funkcją “zmierz odległość”, bo pamietam mniej więcej miejsca, w których wtedy bywałem. Wyszedł mi promień około 3 kilometrów, czyli bardzo podobnie. Z tą tylko różnicą, że wtedy nie było smartfonów ani airtagów. A czy Ty miałeś więcej swobody, gdy byłeś w wieku swojego dziecka? 🤔
Teraz zapraszam jeszcze na chwilę do cichej sekcji, którą widać tylko jeśli czytasz 52Notatki w formie maila. Wracam tam na chwilę do różnych osobowości i polecam dobry film w temacie trudnych decyzji. Jeżeli nie chcesz, aby ten tekst ominął Cię za tydzień, to zapisz się do newslettera:
🤫



