Jak i po co budować reputację online, gdy pracujesz na etacie
Wektor ataku
W tym wydaniu piszę dlaczego warto dbać o swoją cyfrową reputację. Będzie ono szczególnie przydatne dla osób, które pracują na etacie i chcą zacząć robić coś więcej. Ruszajmy!
Jak i po co budować reputację online, gdy pracujesz na etacie
Kiedyś jednym postem na Twitterze narobiłem sobie problemów w pracy. Było to już ładnych parę lat temu, gdy akurat odszedłem z jednego banku i zacząłem pracować w kolejnym. Po przyjściu do nowego miejsca nie znałem jeszcze wszystkich reguł, a jak się okazało, jedną z nich było to, że nie wolno mi “pisać bloga“. Efekt był odwrotny niż życzył sobie mój pracodawca i wyszło mi to na dobre - ale idźmy po kolei:
Na moim koncie twitterowym skomentowałem zmianę stóp procentowych w Polsce. Napisałem, że ich podwyżka w krótkim terminie poprawi wynik banków, bo oprocentowanie aktywów odsetkowych zwykle rośnie szybciej niż koszt depozytów. Takie stwierdzenie to oczywistość i powszechnie znany mechanizm. Problemem nie było to, co napisałem, tylko to, że moje słowa zostały wydrukowane w gazecie Puls Biznesu. Zostały wplecione w artykuł o stopach procentowych, a mnie samego podpisano nie jako “gość z Twittera“ tylko per analityk z banku, w którym wtedy pracowałem.
Sam nic o tym nie wiedziałem, ale następnego dnia wyłapał to dział prasowy mojego pracodawcy. I od razu napisał do mnie z pretensjami: dlaczego wypowiadam się w imieniu banku, dlaczego moja wypowiedź nie została autoryzowana i kim ja w ogóle jestem. Odpisałem więc im grzecznie, że wypowiedź pochodzi z “mojego” Twittera, napisałem ją z łóżka w sobotę rano i jak chcą, abym pomógł bankowi być częściej cytowanym w mediach, to niech mi dadzą znać.
I tu dopiero zrobiła się drama, bo oni nie chcieli być częściej w mediach :) Mój szef wziął mnie na dywanik i powiedział, że powinienem “zamknąć swojego bloga”, a dział prasowy obraził się tak bardzo, że nigdy nie wysłał mnie na żaden wywiad do telewizji biznesowej ani gazety.
Z kolei ja zrozumiałem, że muszę sam mocno zadbać o moją obecność i reputację w Internecie. A w tym artykule opowiem dlaczego każdy powinien to zrobić i jak się do tego zabrać.
Najważniejszy obowiązek pracownika
Moim zdaniem osobistym obowiązkiem każdego pracownika jest ciągłe szukanie nowej pracy. Cały czas i na każdym etapie kariery. A nie dopiero, gdy uderzymy o szklany sufit, zaczniemy się nudzić albo poczujemy, że jesteśmy na wylocie.
Jeśli wybraliśmy karierę na etacie, to powinniśmy dążyć, aby nasza praca była jak najlepsza. Co to znaczy? Według mnie jest to:
możliwość stałego rozwoju, rozumianego jako jasna ścieżka awansu i wzrostu kompetencji,
robienie ambitnych rzeczy, które są nieosiągalne poza etatem,
dostarczanie jak najwięcej wartości poprzez własną pracę, co jest gwarantem zatrudnienia oraz satysfakcji,
oraz zarabianie jak najwyższych kwot i posiadanie benefitów pracowniczych.
Kolejność jest tu nieprzypadkowa i mógłbym napisać w tym temacie oddzielny artykuł. Zwłaszcza o tym, dlaczego etat jest fatalnym miejscem, jeśli chcesz dużo zarabiać albo szukasz stabilności - ale zostawię to na inne wydanie 52Notatki.
Najlepszym sposobem na to, aby stale szukać nowej pracy, jest pokazywanie innym pracodawcom, że jesteśmy dobrzy w tym, co robimy. Czyli konsekwentne budowanie eksperckiego wizerunku i sygnalizowanie profesjonalnego charakteru. Najważniejsze jest to, że nasi potencjalni pracodawcy mają się tego dowiedzieć ZANIM wyślemy do nich nasze CV i pojawimy się na rozmowie kwalifikacyjnej. Daje nam to pierwszeństwo w procesach rekrutacyjnych i sprawia, że już na starcie jesteśmy idealnym kandydatem.
Poziom bazowy naszej reputacji to kwalifikacje, licencje, studia i kursy - one są potrzebne, ale obecnie nie dają żadnej istotnej przewagi. Traktuje się je jako standard, coś jak prawo jazdy, bez którego nie wsiądziesz za kierownicę auta. Co gorsza, potencjalny pracodawca dowiaduje się o nich dopiero, gdy przeczyta naszą aplikację, a do tego jeszcze daleka droga.
Jak ją skrócić?
Uważny Czytelnik pewnie spyta, jakim cudem mój post z Twittera w ogóle trafił do drukowanej gazety i to z wąskiej branży biznesowej. Otóż u poprzedniego pracodawcy często bywałem w mediach finansowych i komentowałem różne wydarzenia. Miałem dobre relacje z dziennikarzami, którzy czasem mnie cytowali. Zawsze chętnie udzielałem im wypowiedzi, przygotowywałem materiały, jeździłem na wywiady i pisałem felietony. Często wymagało to ode mnie dodatkowej pracy w weekendy czy wieczorami. Odbywało się więc kosztem życia osobistego, ale dawało mi przewagę nad tymi, którzy nie chcieli tego robić, uważali to za zbyt ryzykowne albo po prostu nie chcieli się wychylać.

Regularnie jeździłem też na konferencje finansowe, prowadziłem wykłady i brałem udział w debatach. To też wymagało ode mnie dodatkowych nakładów czasu, ale chętnie się na to pisałem, bo stanowiło to dla mnie doskonały wyróżnik, a jednocześnie dostarczało innym wartość.
Aby móc coś takiego robić, to oprócz osobistych chęci i kompetencji, trzeba mieć też za sobą dobrego pracodawcę. Czyli takiego, któremu zależy na profesjonalnej obecności w mediach. Mam tu na myśli nie tylko reklamy z celebrytami na billboardach, ale też publikacje w prasie branżowej czy na konferencjach.
Jak już wiecie z mojej historii - i pewnie z własnych doświadczeń - nie każdy pracodawca tego szuka. Niektórzy traktują media jak zło konieczne, unikają jak ognia oraz co gorsza są reaktywni, zamiast proaktywni. Czyli nie mają zbudowanej żadnej relacji z dziennikarzami i zabierają głos tylko wtedy, gdy trzeba ugasić jakiś pożar. Albo co gorsza w ogóle nic wtedy nie robią i chowają głowę w piasek. W takim miejscu też mi kiedyś przyszło pracować i jest to fatalne środowisko. Gdy dział prasowy z premedytacją nie prowadzi komunikacji, to obrywają za to jego pracownicy. Ale to już temat na inną okazję, teraz wróćmy do głównego wątku.
Musimy się liczyć z tym, że w wielu przypadkach nie będziemy mieli możliwości budowania naszej rozpoznawalności z pomocą pracodawcy. Powodów może być wiele: jesteśmy na początku kariery i nie mamy zbudowanego zaufania w firmie, pracujemy w branży, która wymaga większej dyskrecji, już ktoś inny się tym zajmuje etc.
Jak więc dbać o swój wizerunek, gdy nasz pracodawca nie chce albo nie może nas wysłać do mediów? Odpowiedź jest prosta:
Zbudować własne
Zacznij tworzyć w Internecie profesjonalne treści dotyczące pracy, którą chciałbyś mieć. Podkreślam: pracy, którą chciałbyś mieć - a nie tej, którą już masz. Chodzi o to, aby biec tam, gdzie piłka będzie w przyszłości, a nie gdzie jest teraz.
Jak to wygląda w praktyce?
dziel się wiedzą z innymi,
tłumacz prostym językiem zawiłości z Twojej branży,
informuj o ważnych wydarzeniach, o których za mało się mówi,
zabieraj głos w aktualnych tematach z Twojej dziedziny,
unikaj polityki, krytykowania innych, szukania atencji bez dostarczania wartości i wypowiadania się o wszystkim.
Zanim coś opublikujesz, to zadaj sobie pytanie czy w ten sposób realizujesz swój cel, jakim jest budowa wiarygodnego wizerunku w sieci.
Cztery lata temu, czyli gdy sam nadal pracowałem na etacie, napisałem artykuł: Bez pozwolenia, czyli jak i dlaczego powinieneś zostać twórcą (strona 236 w Sezonie 1). Opisałem tam ideę “permissionless“, która jest jednym z dobrodziejstw naszych czasów, ale nadal mało osób z niej korzysta. Dawniej musiałem prosić, aby ktoś zacytował mnie w artykule, pozwolił wystąpić na konferencji albo zaprosił do studia w popularnej śniadaniówce. Dziś każdy może bez pytania o zgodę założyć swój profil w mediach społecznościowych, kanał na YouTubie, podcast czy blog. I w ten sposób wygenerować znacznie większy zasięg niż dałyby tradycyjne media i robić to dużo częściej.
Tworzenie profesjonalnych treści zmusi Cię, abyś się rozwijał, weryfikował swoją wiedzę, nauczył obsługiwać nowe medium, reagował na problemy i brał większą odpowiedzialność za to, co robisz. Jeśli zrobisz to dobrze, to pozwoli Ci to dotrzeć do swoich przyszłych pracodawców, klientów i pracowników na długo przed innymi.
Czyli możesz działać bez pytania o pozwolenie ani bez cudzego zaproszenia. Czy to nie jest coś, co warto wykorzystać?

Pamiętaj, że nie ma znaczenia jak dobry już jesteś, jeżeli znajdujesz się w miejscu, które nie docenia Twojej wartości. I w drugą stronę - jeśli robisz na etacie ciekawe i ambitne rzeczy, ale nikt tego nie wie oprócz Twojego szefa i kolegów, to mocno ograniczasz swoje możliwości.
Od czego bym teraz zaczął?
Przede wszystkim od założenie mediów społecznościowych i prowadzenia ich w sposób profesjonalny. To najprostszy sposób, aby dotrzeć do innych ludzi w sieci. Jeśli dotąd miałeś prywatny profil, gdzie wrzucasz rzeczy typu zdjęcia z wakacji, to od razu bym go ukrył i postawił drugi. Pamiętaj, że Twoim celem jest tworzenie treści dla przyszłych pracodawców i klientów, a nie kolegów czy rodziny - od tego jest prywatny profil.
Kolejny krok to uzupełnienie go o swoje zdjęcie, doświadczenie i krótkie bio. Musi z niego wynikać co robisz i na czym się znasz. W ten sposób tworzysz ważny punkt kontaktowy dla kogoś, kto szuka osób z danej branży albo zobaczył Cię gdzieś na konferencji czy w wywiadzie.
Pamiętaj, że jeśli wypowiadasz się we własnym imieniu - a nie firmy, w której pracujesz - to lepiej jasno to podkreślić pisząc w swoim profilu, że są to “Twoje prywatne opinie”. Aby być fair wobec pracodawcy, to warto publikować tylko poza godzinami pracy (nawet pomimo że posty można planować) ani nie poruszać tematów, które go dotyczą.
Sama wizytówka w sieci to za mało, nasz profil musi żyć. Czyli powinniśmy regularnie publikować treści, raz dziennie to minimalne optimum. Najlepiej jest zacząć od nisko wiszących owoców, czyli klasycznych postów tekstowych. Wideo robi większy zasięg, ale zabiera dużo czasu i wymaga więcej odwagi.
Na początek przez 3 miesiące publikowałbym w celu wypracowania własnego stylu, zakresu tematycznego, formy, najlepszych godzin i po prostu nauki. Szerokim łukiem omijałbym narzędzia AI, bo to trochę tak, jakby myśleć, że podróżowanie autobusem pomoże nam nauczyć się kierować autem.
Wbrew obiegowej opinii, pierwsze posty nie mają żadnego znaczenia, bo i tak nikt ich nie przeczyta. Ale po 90 dniach codziennych (!) publikacji powinniśmy już łapać pierwsze odczuwalne zasięgi i interakcje w Internecie. Dobrym dowodem na to, że idziemy we właściwym kierunku, będą propozycje udziału w konferencjach, wywiadach czy cytowania naszych treści. Niemniej - najważniejsza będzie nasza własna obecność w sieci.
Zanim coś dzięki niej zyskamy to minie sporo czasu, stąd pewnie pojawi się pytanie:
Skąd wiem, że ten sposób działa?
Sam przeszedłem tę ścieżkę, stąd mam pewność, że ona się sprawdza. Choć mój scenariusz jest do powtórzenia, to nie znaczy, że da się go zastosować jeden-do-jednego w każdym przypadku i w każdej branży. Zupełnie inne treści będzie dostarczał prawnik, księgowy, programista, nauczyciel czy agent nieruchomości, ale każdy z nich może dużo zyskać dzięki budowaniu wizerunku online. I z pewnością znajdziesz już takie przykłady w sieci.
Skoro to takie proste, to dlaczego więcej osób tak nie robi? Dwa powody:
Pierwszy: etat rozleniwia. Robisz tam to, za co Ci płacą i tylko to, co musisz. Prowadzenie prezentacji w weekend, pisanie wieczorami felietonów albo jeżdżenie na drugi koniec miasta na jakiś wywiad to coś, czego wielu ludzi po prostu nie chce robić. A tym bardziej za darmo i kosztem wolnego czasu. I bardzo dobrze, bo gdyby każdy był proaktywny, to dużo trudniej byłoby się wybić.
Większość chce natychmiastowych efektów. A budowanie profesjonalnego wizerunku to zadanie na lata. Oczywiście, że możesz zabłysnąć jakimś viralem, ale nie o to chodzi, aby być sławnym przez kilka minut. Potrzebujesz konsekwentnie dostarczać użyteczne treści, którą będą stanowiły realną wartość. Tylko w ten sposób ugruntujesz swoją pozycję i wizerunek osoby, którą warto jest pytać o zdanie, zatrudnić albo zaprosić do współpracy.
Innymi słowy większość ludzi pozostanie bierna albo będzie szukać wymówek, dróg na skróty i magicznych lifehacków. Zrozumieją, że popełnili błąd dopiero wtedy, gdy ich kariera utknie w martwym punkcie, zastąpi ich ktoś młodszy i tańszy albo jakaś nowa technologia. Dlatego podkreślę jeszcze raz: lepszej pracy należy szukać cały czas, a nie gdy będziemy do tego zmuszeni.

Co jeśli chcę zmienić ścieżkę kariery?
Czyli się przebranżowić, rozwijać w nowym kierunku albo zacząć robić coś zupełnie innego? W teorii, jeśli pracujesz u dużego pracodawcy, to może Ci w tym pomóc dział HR albo Twój przełożony podczas rozmowy półrocznej. Sam miałem kiedyś taką sytuację, gdy chciałem przejść ze stanowiska analitycznego na managerskie. Jednak w praktyce rzadko mamy taką okazję, dlatego moim zdaniem lepiej jest zacząć robić to na własną rękę.
I w tym przypadku ponownie doskonale zadziała idea “permissionless“, bo nasz pracodawca nie może nam utrudniać rozwoju w innym kierunku. Możemy tworzyć treści niezależne od tego co robimy na etacie. Pracujesz w korporacji, jesteś księgową, kierowcą albo kasjerem w sklepie? Załóż podcast o tym, co Cię prywatnie interesuje, nagraj o tym coś na YouTubie albo załóż bloga na ten temat. To jest dosłownie to, co ja zrobiłem w ramach 52Notatki. A że nie wiedziałem na czym chcę się skupić, to postanowiłem pisać o wszystkim co mnie interesuje, za wyjątkiem finansów i inwestycji. I z planowanych 52 wydań zrobiło się już ponad 200 :)
Aby nie było tak różowo, to w tym momencie muszę podkreślić to, o czym za mało się mówi. Twoja obecność w sieci to nowy…
Wektor ataku
Wszyscy Twoi koledzy z pracy będą czytać to, co publikujesz w Internecie. A szczególnie ci, którzy Cię nie lubią, zazdroszczą Ci awansu albo tego, że Ty masz odwagę robić coś więcej, a oni nie. Nie przyznadzą się do tego, nigdy nie dadzą Ci “lajka” ani nie napiszą niczego pozytywnego - ale natychmiast zabiorą głos, gdy tylko popełnisz jakiś błąd.
Dadzą Ci o tym znać w komentarzu, opowiedzą innym w pracy, będą robić uszczypliwe uwagi i doniosą o tym do Twoich przełożonych. A ci bardziej zawistni będą z anonimowych kont regularnie Cię krytykować, tylko po to, aby Cię zniechęcić. Dlaczego? Bo Twój sukces sprawia, że oni wyglądają gorzej, a niektórzy ludzie nie mogą tego znieść. Bądź na to gotowy.
Piszę to z własnego doświadczenia, bo nie raz spotkałem się z takimi zachowaniami. Dobra wiadomość jest taka, że pojawiają się dopiero, gdy zaczniesz odnosić sukcesy, więc jest to ciekawy wskaźnik postępu.
Co dalej?
Jeśli masz już uruchomione media społecznościowe, to pilnuj, abyś cały czas był w nich aktywny. Bo jeśli chcesz iść dalej to kolejnym krokiem jest start własnego newslettera, podcastu lub kanału na YouTubie i będziesz ich potrzebował, żeby zebrać pierwszych odbiorców. Tworzenie dobrych treści to za mało, jeśli nie potrafisz ich promować.
Profile społecznościowe działają jak rozrusznik, który jest potrzebny, aby silnik zaczął działać. Jest nim koło zamachowe uproduktowienia, którego budowę ja też musze u siebie dokończyć. To już temat na inną okazję, teraz przejdźmy do podsumowania i następnych kroków.
Następne kroki:
Twoją konkurencją w Internecie NIE są wielkie konta z milionowymi zasięgami. Chodzi o to, abyś wyróżnił się na tle 95% ludzi, którzy nie chcą, boją się albo nie potrafią tworzyć kontentu online. Nawet jeśli w Twojej niszy jest już ktoś duży, to nie znaczy, że nie ma miejsca dla Ciebie.
Jeśli szukasz sekretnych metod na zasięgi to one nie istnieją, a wszystkie triki zmieniają się bardzo szybko. To co działa zawsze, to po prostu konsekwencja, wytrwałość i nastawienie na długoterminowe wyniki.
Twoje pierwsze posty w sieci nie mają żadnego znaczenia. Nikt ich nie przeczyta ani nikt nie będzie o nich pamiętał.
Zalew Internetu śmieciowymi treściami generowanymi przez AI przyspiesza. Jeśli więc odraczasz swój start, to tylko utrudnisz sobie życie.
Znajdź kogoś online, kto tworzy takie treści, jakie Ty też byś chciał. Wzoruj się na nim pod kątem tego, jak to robi, kiedy, o czym pisze i w jakiej formie. Nie kopiuj jego treści, to zadanie dla botów, które już to robią.
Na koniec warto wrócić do tego artykułu:
A tak prywatnie…
Kilka dni temu odwiedziłem Świdnicę na Dolnym Śląsku. To jedno z niewielu małych miast, któremu udało się uchować przed ruiną zabytkowe kamienice, ocalić rynek przed zalaniem betonem i drzewami w doniczkach. Starówka wygląda bardzo ładnie, trochę jak mniejszy mix Torunia, Bolesławca i Gdańska (też mają fontannę z Neptunem). Jest tam sporo ciekawych kawiarni, gdzie można miło spędzić czas, a główne zabytki są w zasięgu spaceru.
Jedną z rzeczy, które bardzo podobają mi się na Dolnym Śląsku, są właśnie te małe urokliwe miasteczka z bogatą historią. Jest tam ich naprawdę sporo i cały ten region można zjechać ich śladami. Mam to w planie na tegoroczne lato i kto wie, może powstanie z tego przewodnik 52Wycieczki :)
Post scriptum: Przedsprzedaż 52Notatki Sezon 4 już się zakończyła, ale książki nadal zawierają bonusy (oprócz numeracji, bo pierwszy tysiąc już się rozszedł). Dostępny jest zarówno najnowszy Sezon, jak i wszystkie pozostałe. Po szczegóły zapraszam tutaj:
🤫
(Jeśli zastanawiasz się dlaczego każdy wpis kończy się tą emotką, to dowiesz się tego tylko po zapisaniu na wersję mailową)



