Czas to nie pieniądz i kilka innych lekcji od kuriera z Pekinu
Rzadkie szczęście
To, że gospodarka pędzi coraz szybciej, wcale nie znaczy, że wszystkim żyje się lepiej. A to, że masz nudną pracę, wcale nie znaczy, że nikt nie będzie chciał o niej posłuchać. Dziś przychodzę z jeszcze kilkoma innymi wnioskami, które pasują do Polski, mimo że są z drugiego końca świata. Ruszajmy!
Stali Czytelnicy wiedzą, że jestem antyfanem powiedzenia “czas to pieniądz“. Nie dość, że jest ono błędne na wielu poziomach, to może prowadzić do głębokiego niezadowolenia z życia - nawet jeśli dużo zarabiamy.
Dziś, zamiast przykładów z własnego życia, użyję argumentów z bestsellerowej powieści “Byłem kurierem w Pekinie”. Jej autor, Hu Anyan, relacjonuje jak w Chinach wygląda życie prostego człowieka z klasy robotniczej, utrzymującego się z pracy fizycznej. Książka opowiada o kilkunastu latach jego życia, w trakcie których był m.in.: kurierem, kasjerem w sklepie z rowerami, ochroniarzem na nocnej zmianie, pracownikiem fabryki i kelnerem na bankietach.
Wspólnym mianownikiem dla większości jego prac był minimalny próg wejścia (te zadania nie wymagają wykształcenia) oraz niska pensja, która ledwo co starcza na przeżycie miesiąca. Takie połączenie wręcz gwarantuje zacementowanie na najniższych poziomach społeczeństwa i czyni życie naprawdę uciążliwym. Rozwój zawodowy na tego typu stanowiskach praktycznie nie istnieje, a co gorsza w każdej chwili możesz być zastąpiony przez kogoś młodszego. Lub bardziej zdesperowanego.
W tym całym układzie najgorsze jest to, że…
Zarabiasz tylko, gdy pracujesz
Przeliczanie czasu na pieniądze to sprawdzony przepis na bycie nieszczęśliwym i szybkie wypalenie. A jeśli Twoje zarobki nie będą znacząco przewyższać kosztów życia, to nigdy nie wyrwiesz się z tego układu i będziesz skazany na przegraną.
Zobaczmy jak to miało miejsce na przykładzie Hu Anyan, gdy pracował jako kurier. Oto fragment jego słów z książki w polskim przekładzie:
“Codziennie pracowałem jedenaście godzin, z czego godzina rano schodziła na rozładunek, sortowanie i ładowanie przesyłek na motocykl, a kolejną godzinę pochłaniały dojazdy na poszczególne osiedla – to były moje koszty stałe. W ciągu dziewięciu godzin, które zostawały na samo doręczanie, musiałem wyrobić trzydzieści juanów na godzinę, czyli średnio pół juana na minutę. Innymi słowy – tyle kosztował mój czas. Za każdą przesyłkę dostawałem średnio dwa juany, więc musiałem doręczać jedną co cztery minuty, żeby na tym nie stracić”.
Policzyłem, ile autor zarabiał w złotówkach jako kurier. Po bieżącym kursie wyszło mi 150 zł dziennie, 17 zł na godzinę, a za doręczenie jednej przesyłki miał płacone około 1 zł. Miesięcznie dostawał około 2800 zł, a dla porównania wcześniej jako pracownik sklepu spożywczego zarabiał 1900 zł. Lżejsza praca, ale mniej płatna niż kurierka. Wynajmował pokój o powierzchni 5 metrów kwadratowych, który kosztował go 800 zł miesięcznie. Trudno powiedzieć, żeby tam “mieszkał”, bardziej tylko nocował, bo większość dnia spędzał na pracy, dojazdach i zakupach.
Hu Anyan zaczął więcej pracować, bo logika podpowiadała mu, że tylko w ten sposób będzie w stanie zbudować jakąś poduszkę bezpieczeństwa. Praca na stanowisku kuriera dobrze się do tego nadawała, bo łatwo można przeliczyć swój wysiłek na pieniądze. Jednak już po jakimś czasie zaczął dostrzegać poważną wadę tego rozwiązania:
“Stopniowo zacząłem patrzeć na wszystko z czysto ekonomicznego punktu widzenia – czas odmierzałem w kosztach. Skoro minuta mojego czasu jest warta pół juana to nawet szybkie siku kosztowało mnie jednego juana – co z tego, że toalety publiczne były darmowe, skoro traciłem na nie dwie minuty. Lunch zajmował mi dwadzieścia minut – z czego dziesięć czekałem na jedzenie – to już dziesięć juanów. Jeśli do tego doliczyć piętnaście juanów za gaifan (prosty chiński posiłek na bazie ryżu) wychodziło w sumie dwadzieścia pięć. Za dużo jak na mój budżet!”.
W ten sposób spirala czaso-kosztów naciąga się do granic możliwości:
“Dlatego często w ogóle darowałem sobie lunch. Rano prawie nic nie piłem, żeby rzadziej chodzić do toalety. Gdy adresata nie było w domu – a w tygodniu za dnia mniej więcej połowa mieszkań była pusta – traciłem za każdym razem minutę na dzwonienie. A minuta rozmowy to nie tylko jedna dziesiąta juana za połączenie, lecz także pół juana kosztów czasu. Jeśli klient prosił, żeby przesyłkę zostawić w paczkomacie, moje koszty czasu stawały się jeszcze większe, a do tego należy doliczyć średnio cztery dziesiąte juana opłaty za wrzucenie do paczkomatu, więc po takiej transakcji byłem na minusie. Kiedy ktoś mówił, że mam przyjść innego dnia, traciłem jeszcze więcej. Nie dość bowiem, że dzwoniłem, to musiałem poświęcić na to drugi raz tyle samo czasu. A to scenariusz optymistyczny. Zdarzało się bowiem, że nikt nie odbierał telefonu – minuta stracona na darmo, czyli pół juana”.
Choć w tym czasie autor książki był młody, zdrowy i nie miał wielu zobowiązań, to dochodzi do ściany. Z jednej strony pracuje maksymalną liczbę godzin na dobę jaką się da, w tym też weekendy. Z drugiej natomiast oszczędza czas i pieniądze, gdzie tylko jest to możliwe. Pomimo to, nie jest w stanie wyrwać się z potrzasku, a własna praca jest dla niego jedyną szansą na przeżycie. Jest na nią skazany, bo nie ma żadnych aktywów, rodzina nie może mu pomóc, a w Chinach wsparcie socjalne jest bardzo niskie. Nie może więcej zarobić, ale jest jeszcze jeden problem:
Nie potrafi wydawać pieniędzy
Zanim autor książki został kurierem, to prowadził z kolegami mały biznes: handlował ubraniami na stoisku w galerii handlowej. I tu po jakimś czasie zauważył u siebie cechę, która zaczęła mocno ograniczać jego biznes:
“Przyzwyczajony do oszczędnego życia, stopniowo wykształciłem w sobie mentalność drobnego ciułacza - wydawanie pieniędzy budziło we mnie sprzeciw. Przez te wszystkie lata, za każdym razem kiedy oszczędności spadały poniżej dziesięciu tysięcy, odczuwałem niepokój - to była moja psychologiczna granica bezpieczeństwa. Dlatego, będąc zmuszony do wydawania pieniędzy, nie wiedziałem, jak to się robi - w działaniach biznesowych byłem więc bardzo pasywny i zachowawczy. Rzadko zastanawiałem się nad rozwojem. Nieustannie za to myślałem, jak nie dopuścić do bankructwa. Rozwiązanie wydawało się proste: wydawać mniej”.
Niestety Hu Anyan nie rozwinął mocniej tego wątku, ale mi mocno rzucił się on w oczy. Znam to z własnych doświadczeń, bo bycie tylko oszczędną osobą to za mało - musimy umieć inwestować nasze nadwyżki. W siebie, podnosząc swoje kwalifikacje zawodowe, w biznes, aby dalej się rozwijał, czy w aktywa, które będą generować dla nas przychody. Inaczej będziemy w stanie tylko chronić się przed inflacją, a to stanowczo za mało. A nawet jeśli zarabiamy wystarczająco dużo, to taki stan może nie trwać wiecznie, dlatego warto zainteresować się tym tematem jak najwcześniej.
Myślę, że w Polsce ten dylemat dodatkowo objawi się w młodym pokoleniu. Dzieci, które odziedziczą istotne pieniądze, będą musiały umieć się z nimi obchodzić w inny sposób niż ich rodzice. Ciężka praca i oszczędne życie będzie dobrym pomysłem na utrzymanie rodzinnego majątku, ale niewystarczającym, aby go dalej pomnażać. To temat na inne wydanie 52Notatki, dziś trzymajmy się problemów naszego pokolenia.
Pod koniec książki jest ciekawy fragment, w którym autor definiuje czym jest wolność i…
Rzadkie szczęście
Pomimo desperackiej sytuacji Hu Anyan dochodzi do wniosków, które częściej przypisuje się zamożnym osobom niż ubogim:
”Praca wyłącznie dla utrzymania się jest równie przygnębiająca co odbywanie kary więzienia, dlatego niewiele osób przyznaje, że pracuje wyłącznie dla pieniędzy. Ludzie mówią zwykle: interesuje mnie to, co robię w pracy, lubię współpracowników, dzięki pracy moje życie staje się pełniejsze - i tym podobne. Nawet jeśli mówią prawdę, to nie całą - bez pracy też można przecież zajmować się tym, co nas interesuje, spędzać czas z ludźmi, których lubimy, i żyć pełnią życia. Starsze osoby są bardziej szczere pod tym względem i wprost pytają, jak mieliby się utrzymać, gdyby nie pracowali”.
Autor idzie krok dalej i słusznie zauważa, że “nie każdy wie, czym się zająć w życiu, gdy nie trzeba walczyć o przetrwanie”. Jego zdaniem winny jest konsumpcjonizm, który jest w Chinach powszechniejszy niż mi się wydawało:
“Wpajanie człowiekowi, że czegoś potrzebuje, i danie mu możliwości, by zaspokoił tę potrzebę, jest bez wątpienia pewniejszym i trwalszym sposobem na zaprowadzenie ładu społecznego, niż ograniczenie mu możliwości robienia tego, co chce zrobić”.
Bardzo trafne zdanie. Podkreśliłem je sobie w książce, tak samo jak ten fragment:
“W społeczeństwie rządzącym się takimi prawami główną drogą samorealizacji jednostki pozostaje więc zatrudnienie. Dlatego nie tylko bardzo cenimy własną pracę, lecz także interesujemy się pracą innych. Praca stała się najważniejszą etykietą identyfikacyjną człowieka. Gdy koledzy ze szkoły albo starzy przyjaciele spotykają się po latach, pierwsze pytanie, jakie sobie nawzajem zadają, dotyczy pracy. Spotkani w pociągu nieznajomi zwykle najpierw pytają o pracę, zanim w rozmowie pojawią się tematy interesujące dla obu stron”.
Praca już stała się nieodłączną częścią naszej osobowości i dlatego rozwój AI będzie budził coraz więcej obaw. Sam już spotkałem się z tym problemem, gdy odszedłem z etatu. Wcześniej zawsze miałem jakiś tytuł zawodowy i byłem zatrudniony w dużych i znanych firmach. Więc łatwo mi było odpowiedzieć na pytanie “czym się zajmujesz”. A teraz, gdy już się zbliża to pytanie, to wiem, że będę miał problem z odpowiedzią. I to pomimo, że żyje mi się bez porównania lepiej niż na etacie. Ale dziś miało nie być o mnie, więc wróćmy do Chin i tego co pisze Hu Anyan:
“Kiedy pracowałem, rzadko myślałem o wolności. Być może dlatego, że intuicyjnie zakładałem, iż wolność to brak pracy, a praca to jej przeciwieństwo, gdyż w pracy trzeba spełniać wymagania[…]”.
Wolność rozumiana tylko jako “brak pracy” to prymitywny, ale popularny model. Jest on oczywiście nie do obrony, bo inaczej ludzie zgłaszaliby się na ochotnika do więzienia, w którym przecież nie ma przymusu pracy. Moim zdaniem zamiast “walczyć” o wolność z pracą lepiej jest pójść w kierunku “rzadkiego szczęścia”:
“Oczywiście zdarzają się wyjątki - ktoś może po prostu lubić swoją pracę, więc z jego punktu widzenia robi dokładnie to, co chce. Albo odwrotnie - ktoś robi to, co lubi, i tak, jak lubi, spełniając przy okazji wymagania pracodawcy, klienta czy mechanizmów zewnętrznych. W ten sposób osiąga pewną wolność. Ale to chyba rzadkie szczęście”.
Owszem, rzadkie - ale w dzisiejszych czasach o niebo łatwiejsze do osiągnięcia niż jeszcze 15 czy 30 lat temu. Dzięki Internetowi nie jesteśmy już skazani tylko na tę pracę, jaka jest dostępna w naszym miejscu zamieszkania. Powstało wiele nowych zawodów i źródeł zarobków, o których nasi rodzice mogliby tylko pomarzyć. Sam autor też musiał tego doświadczyć, bo jego książka została wydana dzięki popularności jednego z jego opowiadań. Ten temat częściowo poruszałem w poniższym wydaniu 52Notatki, do którego polecam wrócić:
Ważna lekcja na koniec
Zaryzykuję tezę, że sporo historii na podobną książkę miałby polski kurier z InPostu, kasjerka z Żabki albo kierowca Ubera. Bo często to, co nam wydaje się nudną codziennością, dla innych ludzi może być ciekawą lekturą. Spora część “Kuriera z Pekinu” to zwykłe codzienne życie autora: ktoś mu ukradł paczkę, zepsuł mu się skuter albo trafił się nieuprzejmy klient. Myślę, że w polskich realiach są dokładnie takie same sytuacje, zresztą jak widzę stronę “Jestem kurierem, więc rzucam paczkami“ na Facebooku, to tam jest gotowy materiał na kilka rozdziałów (choć nie wiem, dlaczego algorytm mi je pokazuje).

Publiczność jest dziś zmęczona odklejonymi od rzeczywistości superbohaterami Marvela czy mdłymi produkcjami, które muszą być hiperpoprawne politycznie. Zamiast wymyślnych recenzji kulinarnych wolimy obejrzeć gościa na YouTubie, który chodzi po knajpach i mówi czy mu smakowało. Tak po prostu, bez owijania w bawełnę. A zamiast oglądać podróżników z dużych stacji telewizyjnych wolimy popatrzeć na ludzi takich jak my, którzy zwiedzają nowe kraje i mówią, co im się tam podobało. Nie trzeba mieć szalonego życia pełnego przygód, aby zainteresować nim innych. Wystarczy, aby było ono autentyczne i aby inni mogli się z nami utożsamić.
Dlaczego więc tak mało osób to robi?
Odpowiedź na to pytanie znajduje się w książce “Byłem kurierem w Pekinie”: jak pracujesz po 12h na dobę i zarabiasz najniższą krajową, to nie masz chęci ani czasu na rozkręcenie zasięgów w Internecie. Po prostu przygniata Cię Twoja codzienność, w której nie widzisz materiału na kontent. Nawet żyjąc w krajach, które szybko się rozwijają - tak jak Polska i Chiny - można zacząć gubić dystans do innych.
Dlatego jako pierwszy krok warto zrobić to co Hu Anyan: zacząć pisać dla siebie. Dokumentować swoje dni i pracę, aby mieć materiał na przyszłość. Nawet jeśli nic z tym nigdy publicznie nie zrobimy, to będziemy mieć spisane nasze własne życie.
Następne kroki:
Książka “Byłem kurierem w Pekinie” dla jednych będzie lekkim tytułem na lato, a dla innych gorzką lekturą, w której znajdą znajome wnioski. Jeśli jesteś w tej drugiej grupie, to warto potraktować to jako przestrogę i zacząć działać.
Problem przeliczania czasu na pieniądze dotyczy też dobrze płatnych zawodów. Prawnik, lekarz czy stolarz zastanowi się kilka razy, zanim odpuści pracę, żeby wyjechać na wakacje lub spędzić czas z rodziną. Jeśli możesz zarabiać, gdy tylko chcesz, to masz poczucie, że w wolnym czasie zawsze tracisz pieniądze.
Gdy 15 lat temu Hu Anyan zaczął pisać dla siebie notatki, to czy zakładał, że trafią do książki, która będzie międzynarodowym bestsellerem? Oczywiście, że nie, bo bardzo trudno jest przewidzieć najlepsze rzeczy, które mogą nas spotkać. Dlatego warto wrócić do tego wydania: Jak przygotować się na najlepszy scenariusz, co sam też regularnie robię.
W Sezonie 1 napisałem oddzielny artykuł o tym, dlaczego czas to nie pieniądze. Jeśli masz go w wersji drukowanej, to koniecznie zajrzyj na stronę 110.
Tydzień po starcie “52Notatki i Przyjaciele”
Pięknie Wam dziękuję za pozytywną reakcję na start mojego Patronite! Wielu z Was spodobał się pomysł “dodatkowego piętra w restauracji“, co bardzo mnie cieszy i liczę na to, że będzie tam zaglądać wielu stałych bywalców.
Moje zadanie na najbliższy tydzień to ustalić z Wami tematy pierwszych materiałów wideo, które będą tam dostępne. Dostałem od Was sporo propozycji, niebawem przedstawię też swoje i będziemy działać. Już nie mogę się doczekać aż powiem o innych rzeczach, jakie tam szykuję :)
Doskonałym sposobem na to, aby lepiej się poznać jest ciekawa dyskusja. Dlatego w ramach Patronite 52Notatki i Przyjaciele będę regularnie przynosił tematy, które są warte rozmowy. W ten weekend porozmawiamy o dzisiejszym wydaniu i o pracy. Od jakiego wieku warto zacząć zarabiać własne pieniądze? Czy lepiej czekać na koniec studiów i specjalizację, czy może warto łapać się pierwszej-lepszej pracy? A co zrobić, gdy już nie potrzebujemy pieniędzy? Zapraszam do dyskusji:
A tak prywatnie…
W przyszłym roku planuję razem z rodziną wyjechać na miesiąc do Chin. Byłem tam w 2025 r. na kilka dni w Hong Kongu, który kulturowo jest najbardziej zachodnim miastem Chin. Niemniej to już wystarczyło, abym pożałował, że nie zatrzymałem się tam na dłużej i dlatego szukam pretekstu, aby wrócić (tu moja krótka relacja). Tym razem chciałbym się zapuścić głębiej w Chiny kontynentalne. W związku z tym zacząłem więcej czytać na temat tego kraju, ale szczególnie zależy mi na relacji Chińczyków, a nie wizji przefiltrowanej przez zachodni punkt myślenia.
I w ten sposób trafiłem na książkę “Byłem kurierem w Pekinie”. Czyta się ją dobrze i będą ją polecał, ale uprzedzam, że ma też swoje wady. Jej fabuła jest chwilami niespójna i niedopracowana. Pierwsza połowa faktycznie jest o pracy kuriera, ale w drugiej autor cofa się o dekadę i opowiada o szeregu innych swoich prac. Miałem wrażenie, że ta druga część została dodana trochę na siłę, aby zebrać objętość tekstu wystarczającą na wydanie pełnej książki. Cała historia urywa się bez ostrzeżenia i bez konkretnej puenty. Przyznam też, że liczyłem, iż będzie tam rozdział o tym, co się działo w Chinach w czasie pandemii, ale fabuła urywa się tuż przed jej wybuchem (mimo że książka została wydana w 2023 roku, czyli już po).
Nie dowiemy się z niej czy Hu Anyan na dobre wyrwał się z biedy dzięki pisaniu. Mam nadzieję, że sukces książki mu na to pozwolił… choć wiem też, że stawki wydawnictw bywają tak niskie, że z jednej sztuki może mieć niewiele więcej niż wcześnej dostawał za dostarczenie paczki. Ważne, że dzięki niej zarabia nie tylko wtedy, gdy pracuje.
Post Scriptum: Ciekawostka z książki na koniec: w jednej z firm, w której pracował Hu Anyan, kurierzy mieli obowiązek pytać klientów czy przy okazji wynieść im śmieci. Czekam, która firma pierwsza wpadnie na to w Polsce :)
Post Post Scriptum: Nie każdy o tym wie, ale to wydanie ma jeszcze jeden akapit. Widać go tylko jeśli czytasz je w formie mailowej. Dziś dla przykładu cytuję tam fragment z książki, który dla mnie jest wyjątkowo autentyczny i aż zaskakujący. Jeśli nie chcesz, aby ta cześć newslettera ominęła Cię za tydzień, to zapisz się do wersji mailowej:




