Cicha desperacja, czyli 14 osób dziennie
Wszystko OK
Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, to w mojej klasie był chłopak, który stwarzał wybitnie dużo problemów. Nikt z nas nie był wtedy święty, ze mną na czele, ale M. miał ogromne problemy z zachowaniem, nauką i koncentracją.
Przeszkadzał w prowadzeniu lekcji, miał słabe stopnie, rzadko kiedy zrobioną pracę domową i nigdy nie był przygotowany na sprawdziany. W pierwszych latach podstawówki nie było tego tak mocno widać, ale w okolicach 4-5 klasy zaczął już mocno odstawać od reszty.
Braki w nauce i miano najgorszego ucznia w klasie starał się nadrobić szukając okazji do rozśmieszenia klasy. Irytowało to nauczycieli, którzy już i tak mieli z M. sporo problemów wychowawczych. Próbowali różnych metod, ale żadna nie przynosiła rezultatów.
Pamietam, że niektórzy przesadzali go do pierwszej ławki obok najlepiej uczącej się dziewczyny, żeby “nie rozrabiał”. Nikomu to nie pomagało. Nie dość, że był izolowany od kolegów, to jeszcze musiał cierpieć wyrzuty ze strony dziewczyny, która “w nagrodę“ za dobre zachowanie nie mogła siedzieć z ulubioną koleżanką. Do dziś nie rozumiem logiki tej kary.
Do szkoły regularnie była wzywana matka M. Przychodziła po lekcjach, aby wysłuchać długich litanii skarg od wychowawcy. Kiedyś przypadkiem zobaczyłem ją jak wracają, bo mieszkałem blisko szkoły. Do dziś pamiętam, że M. miał czerwoną i zapłakaną twarz, zresztą jego mama podobnie. Po takich wizytach zawsze nie było go przez kilka dni w szkole. A gdy już wracał, to w szatni przed WF-em każdy widział, że M. ma więcej siniaków niż reszta chłopaków z klasy.
Ta sytuacja trwała przez kilka lat, aż pewnego dnia M. zniknął.
Nagle przestał chodzić do szkoły, a nauczyciele już nie czytali jego nazwiska podczas sprawdzania obecności. Bez żadnego uprzedzenia ani bez pożegnania. Ktoś spytał o niego naszą wychowawczynię, a ta powiedziała tylko, że M. zmienił szkołę. Klasa szybko o nim zapomniała, a nauczyciele chyba odetchnęli z ulgą, bo nie mieli już problemu na głowie.
Ja też zapomniałem o M. i przez długie lata o nim nie myślałem. Aż do wczoraj, kiedy to Facebook pokazał mi jego post. Nie wiem, jakim cudem algorytm wpadł na pomysł, aby teraz nas połączyć. Choć nie widziałem go od bardzo dawna, to jestem pewien, że to on. Ma charakterystyczne nazwisko, nadal mieszka w tym samym mieście i z twarzy jest dość podobny do siebie z dzieciństwa.
W pierwszym odruchu chciałem do niego napisać. Kliknąłem w profil, otworzyłem wiadomość, ale… nie miałem odwagi się odezwać. Poczułem wstyd, że nigdy mu nie pomogłem, tylko śmiałem się jak idiota razem z resztą klasy. I że nigdy nie dostrzegłem jego rozpaczliwego wołania o pomoc i bezsilności, które próbował maskować żartami i wygłupami.
Nie jestem lekarzem, ale dziś jest dla mnie oczywiste, że M. musiał cierpieć na silne zaburzenia koncentracji. Za żadne skarby nie potrafił wysiedzieć na miejscu i się skupić, mimo że często bardzo tego chciał. W szkole nie miał indywidualnego toku nauczania ani zajęć wyrównawczych. Wątpię też, aby ktoś w domu pomagał mu w nauce ani tym bardziej płacił za korepetycje.
Zawsze był sam ze swoimi problemami, których nawet nie rozumiał.
Chciałbym być naiwny…
Chciałbym być tak naiwny, aby uwierzyć, że dziś wszystkie dzieci są zaopiekowane i nie zostawia się ich samym sobie. I chciałbym wierzyć, że takie przeżycia ze szkoły nie mają negatywnego wpływu na dorosłe życie. Ale niestety nie mogę, zwłaszcza po tym, jak zajrzałem w dane od Komendy Głównej Policji.
W 2025 r. wśród dzieci i młodzieży odnotowano wzrost liczby samobójstw o 27%. Tylko w minionym roku w Polsce życie odebrało sobie aż 161 osób małoletnich i podjęto 1925 próby samobójcze. Najsmutniejsze dane dotyczą najmłodszej grupy wiekowej, ponieważ między 7 a 12 rokiem życia policja zarejestrowała 83 próby i 5 samobójstw. Czyli mówimy o uczniach klas 1-5…
Śmierć dzieci boli najmocniej, ale sytuacja wśród dorosłych też wygląda źle. W ich przypadku tylko w zeszłym roku w Polsce życie odebrało sobie 4776 osób, z czego 3975 to byli mężczyźni (czyli aż 83%). Sprawdziłem dane i w innych krajach te proporcje są podobne - dużo częściej życie odbierają sobie mężczyźni.
Dlaczego tak jest?
Obawiam się, że znam odpowiedź i nikomu się ona nie spodoba. Czasu nie cofnę i niestety nie pomogę już M., ale może tym artykułem dotrę do kogoś, komu da on jakieś wsparcie.
Cicha desperacja
Każda śmierć to osobista tragedia, ale coś musi być na rzeczy, skoro dysproporcja płci jest tak duża. Jeśli miałbym znaleźć winnego to… wskazałabym na mój sposób myślenia.
Jak większość facetów, nikomu z własnej woli nie mówię o moich problemach. Gdy ktoś pyta co słychać, to zawsze usłyszy tylko jedną odpowiedź: wszystko OK. Czytałem kiedyś, że mężczyźni robią tak, bo wstydzą się swoich problemów. I coś w tym jest, ale z drugiej strony jesteśmy dumni z tego, że potrafimy sami je rozwiązać. I chętnie opowiemy o tym przez co przeszliśmy, ale dopiero wtedy, gdy już nam się to uda - a nie w trakcie.
Zdolność do wchłaniania presji i cierpienia jest tym, co pomaga nam przebić się przez życie, ale potrafi nas też zabić. I to dosłownie, jak pokazują powyższe statystyki. Mówienie o problemach jest równe okazywaniu słabości, więc unikamy tego za wszelką cenę. Dlatego prędzej wpędzimy się w cichą desperację niż będziemy wypatrywać pomocy na zewnątrz. Będziemy szukać ujścia presji w wysiłku fizycznym, bo ten ból łatwiej jest kontrolować niż psychiczny. Nie potrafię znaleźć autora tych słów, ale ktoś celnie podsumował, że: “mężczyźni cierpią w ciszy, bo ich łzy są postrzegane jako słabość, a ich złość jako przemoc”.
Izolacja i zamykanie się w sobie jest naszym sposobem na radzenie ze stresem. Można to trochę porównać do tykającej bomby. Wiesz, że ona może wybuchnąć, więc próbujesz to odroczyć w czasie albo zdetonować w sobie, tak aby nikt więcej nie ucierpiał. Mam wrażenie, że kobiety uwalniają stres poprzez rozmowy, a faceci po prostu tego nie potrafią. Ja przynajmniej nie.
Jak ciężko, to znaczy, że warto
Moja bazowa strategia to absorpcja dyskomfortu i ignorowanie wszystkich znaków ostrzegawczych. Jeśli coś jest trudne, ryzykowne i męczące, to domyślnie interpretuję to jako “warte zachodu”, a nie jako “niebezpieczne”. Jeśli kładąc się spać zmęczonym jednocześnie mówisz sobie, że to był dobry dzień, to wiesz o czym mówię. Albo gdy wracając wieczorem z pracy masz poczucie satysfakcji, bo dużo udało Ci się zrobić.
To dlatego takie osoby jak David Goggins czy Jocko Willink zyskują popularność wśród męskiej widowni. Są wybitnie zdyscyplinowani, mają wysoko postawiony próg bólu, robią trudne rzeczy, a do tego nigdy się nie skarżą. Takie podejście nie jest niczym nowym, już 100 lat temu Zygmunt Freud pisał, że “pewnego dnia, z perspektywy czasu, lata zmagań wydadzą ci się najpiękniejsze”.
Do mnie ta filozofia też przemawia i jest bardzo skuteczna. Choć jej stosowanie jest kosztowne, to daje doskonałe efekty, zwłaszcza w obecnych czasach. Problem w tym, że w tej logice jest:
Ukryta wada fabryczna
Życie w ten sposób wymaga ciągłego zbliżania się do swojego limitu wytrzymałości. Twoją nagrodą za dobrze zrobioną pracę jest jeszcze więcej pracy - a nie odpoczynek. Jeśli z powodzeniem będziesz brał na siebie wszystkie trudne obowiązki, to Twoi bliscy będą oczekiwać, że już zawsze tak będzie. A skoro wyćwiczyłeś się w ignorowaniu dyskomfortu i braniu na siebie wyzwań, to zamiast unikać zbliżania się do swoich granic, będziesz je stale przesuwał.
Fizyczny limit wytrzymałości można zmierzyć w prosty sposób. Wystarczy wyjść pobiegać do utraty tchu albo sprawdzić na siłowni, jaki ciężar Cię przygniecie. W sporcie dość wyraźnie widać też zmęczenie - i co ważne - nie można go ukryć, gdy jesteśmy blisko swojego limitu.
Ale trudno jest zmierzyć ile emocjonalnego bólu, stresu, fatygi i dyskomfortu dana osoba jest w stanie znieść. Nie widać tego po ilości mięśni ani nie zmierzymy tego żadnym smart-zegarkiem. I o ile w sporcie ciężkie treningi prowadzą do rozwoju, to trudne przeżycia psychiczne zostawiają po sobie bagaż, który ciąży nam potem przez całe życie. Wątpię, aby mój kolega z podstawówki był teraz silniejszym facetem dzięki temu, że miał ciężko w szkole.
Dlaczego dziś o tym piszę?
Bo wiem, że facetom pomaga wiedza, że inni też mają podobne wyzwania co oni. Trudno jest nam się o tym dowiedzieć, skoro tak mało o tym rozmawiamy. Nie dość, że nie jesteśmy do tego skorzy, to często po prostu nie mamy z kim. Według danych od Survey Center on American Life, tylko 25% mężczyzn ma 6 i więcej przyjaciół. Poprzednie pokolenie miało ich dwa razy więcej. A jeden na pięciu mężczyzn przyznaje, że nie ma żadnych przyjaciół. Chciałbym podać tu dane z polskiego rynku, ale nie znalazłem badań na ten temat.
Na koniec przyznam się, że miałem opory przed publikacją tego wydania. Choć według GUSu w Polsce żyje około 18,2 miliona mężczyzn, to jednak rzadko kiedy słyszy się w mediach o ich problemach. Dlaczego? Raz, że skoro my sami nie palimy się, aby o nich mówić, to trudno się temu dziwić. Dwa, że często wydaje nam się, że inni mają ciężej, więc nie powinniśmy wychodzić z naszymi problemami przed szereg. Albo znajdują się tacy, którzy próbują narzucić taką narrację. A trzy, że temat samobójstw jest prewencyjnie cenzurowany w mediach społecznościowych, więc nie zdobędzie dużych zasięgów. Stąd mało kto chce go w ogóle poruszać.
Nie da się tego zmienić od ręki. Ale myślę, że skoro czerwiec to Międzynarodowy Miesiąc Zdrowia Psychicznego Mężczyzn, to jest to dodatkowy pretekst, aby jednak pochylić się nad tą kwestią.
Następne kroki:
Dane z ostatnich lat mówią, że w Polsce średnio każdego dnia życie odbiera sobie ok 14 osób. Stanowczo za mało się o tym mówi.
Jeśli czujesz, że potrzebujesz pomocy, to dziś uzyskasz ją znacznie łatwiej niż 20 lat temu. Jest co najmniej kilka projektów i organizacji, które mogą być bardzo pomocne. Zajrzyj na strony Fundacji „Życie warte jest rozmowy" https://zwjr.pl, na suicydologia.org/pomoc lub https://centrumwsparcia.pl
Kiedy tankujesz auto? Jak zapali się rezerwa czy czekasz, aż będziesz miał tylko jeden kilometr zasięgu? Dlatego zadbaj o siebie ZANIM dojdziesz do swoich limitów i do granicy wytrzymałości.
Nie daj się wciągnąć w tzw. wojnę płci. Idea, że kobiety i mężczyźni mają ze sobą walczyć i konkurować na wszystkich życiowych polach prowadzi tylko w jednym kierunku - do destrukcji społeczeństwa.
Jeśli masz 52Notatki Sezon 1 to zajrzyj do artykułu “W poszukiwaniu dyskomfortu“, piszę w nim, jak i po co poszerzam u siebie jego granice.
Od pewnego momentu nasza codzienność zależy głównie od tego, jak ją będziemy interpretować. Napisałem na ten temat oddzielny artykuł, o którym ostatnio często myślę:
A tak prywatnie…
Skoro to wydanie już jest dość prywatne, to pozwolę sobie użyć tej sekcji do zawarcia prośby. Napisz krótkiego smsa do wszystkich swoich dobrych kolegów. Zwłaszcza tych, z którymi od dawna nie miałeś kontaktu. Wystarczy krótkie “jak tam życie?” lub “co dobrego u Ciebie?”.
W odpowiedzi przyjdzie pewnie coś w stylu “wszystko OK“, ale nie o to tu chodzi. Cel to dać znać, że ktoś inny o nich pomyślał i że nie są sami, choć może im się tak wydawać.
Kto wie, może w ten prosty sposób bardzo komuś pomożesz?
🤫





